niedziela, 14 września 2014

The Vamps

*Z perspektywy Brada*
Siedzielismy w salonie całą czwórką czekając na moją księżniczkę. Miała dzisiaj poznać chłopców. Oni siedzieliśmy zdenerwowani a ja spoglądałem na nich i co chwile chichotałem. Jako jedyny bylem wyluzowany ale powiem szczerze, ze zerkalem na telefon bo dziewczyna spozniala sie nieco.
Po chwili zadzwonil dzwonek. Chlopcy sie wyprostowali a ja z glupawym usmieszkiem podbieglem do dzrzwi.
-Hej skarbie.
-No witaj.
Usmiechcela sie i cmoknela mnie w policzek.
-Chodz do salonu.
-Jasne.
Jej uśmiech powalał. Powoli wlokłem sie za nią do chlopakow.
-Hej. Jestem [T.I.]
Przedstawiła się po czym reszta zrobila to samo. Nastepnie puscilismy jakis nudny film. Ja siedzialem na telefonie a reszta jak zwykle byla zainteresowana badziewiem.

*Z perspektywy Conora*
'O moj Jezu. Co to za Afrodyta siedzi kolo mnie? Conor opanuj sie'
Karciłem się w myślach i starałem sie nie patrzec na nią, ale sie nie dało. Byla jak magnez przyciągający moje metalowe oczy. Zerknąłem na Bradleya. Siedział z nosem w telefonie. Ja natomiast nie moglem oderwac wzroku od jego dziewczyny. Po chwili nie wytrzymując uciekłem z salonu pod pretekstem pragnienia. Starałem się ogarnąć. Przecież nie mogłem się w niej zakochać. Nie mogłem. To by i tak nie wyszło. Nie mogłem być z dziewczyną kumpla. Z resztą ona też nie chciałaby być ze mną. 'Spokój! Nie panikuj Conor to nic jeszcze nie znaczy. Dobra wracam'
Weszłem cicho do pomieszczenia zeby nie zakłócać oglądania innym. Usiadłem obok Jamesa który pochłaniał popcorn. Ja nie chciałem. Brad nadal zapatrzony był w telefon i co jakiś czas uśmiechał sie do ekranu. Reszta wraz z piękną dziewczyną przyjaciela zafastynowana była filmem.
Czas dłużył się nieubłaganie. Nie interesował mnie film ani nic innego. Próbowałem nie myśleć o [T.I.] ale się nie dało. Jej włosy tak pięknie opadały nad odkryte ramiona. A bluzka na ramiączkach idealnie pasowała do koloru jej oczu. I ten piękny wyraz twarzy, jak obraz gdy oglądała to dziwne coś o miłości i samochodach lecące jeszcze.ostatnie 15 minut. Bylem w nią zapatrzony lecz nie zauważyłem tego. Po chwili zorientowałem się że ona na mnie patrzy i smieje sie. Oczywiscie sie zaczerwieniłem bo jak inaczej i odwróciłem głowę do telewizora. Wiem, że nie powinienem. Powinienem odwzajemnić uśmiech i patrzeć tak długo aż ona nie odwróci głowy, ale stchórzyłem.
W końcu zacząłem dziękować Bogu że ta męczarnia w końcu się skończyła. No ile można?
-Dobra. Ten film był do dupy.
Skwitkował James.
-E tam. Nie był taki zły.
Dodał Barad po czym wybuchnął śmiechem.
-Tak? To o czym on był?
Zapytała z uśmiechem [T.I.]
-Wiecie że moja pamięć zawodzi.
Wybuchneliśmy głośnym śmiechem.
-Ok my się zbieramy.
Zernkąłem porozumiewawczo na Jamesa i Trisana.
-Tak my lecimy. Cześć wam.
-Paaaaaaa.
Brad przedłużył ostatnią literę a później zniknął za drzwiami.

*Wieczorem*
Leżałem już od pół godziny w łózku i rozmyslałem. A co jeżeli ja naprawdę się w niej zakochałem. Nie mógłbym tego powiedziec nikomu. To musiałaby byc tajemnica dopóki mi nie przejdzie. Poczułem się senny więc przerwałem rozmyślenia i zasnąłem.

*Rano*
Obudził mnie dźwiek telefonu.
-Halooo?
-Conor? Żyjesz tam? Próbuje sie dodzwonić do ciebie ale nie odbierasz. Idziesz dzisiaj z nami na impreze?
-Z 'nami' czylo z kim?
-Ja, Brad, James i [T.I.]  i chyba jej przyjaciółka się jeszcze z nami zabierze. I oczywiście ty jeśli sie zgodzisz.
-Em...wiesz...mam inne plany.
-Jakie?
-No wiesz...
-Nie kłam. Idziesz czy nie?
-Ide.
-Ok. Bądź pod moim domem o 19:00. Stamtąd pójdziemy na nogach bo to blisko.
-Jasne, pa.
Rozłączając się spojrzałem na godzinę. Było w pół do dziewiątej. Postaniwiłem jeszcze pospać pół godziny, ale sie nie udało. Wstałem, zjadłem i zrobiłem jeszcze pare rzeczy po czym poszedłem do pracy na 12:00. Oczywiscie w pracy jak w pracy. Nuda. Ale coz jak mus to mus.
Po pracy udało mi sie jeszcze dojsc do domu. Bylem z lekka wykończony. Moja praca to nie siedzenie za biurkiem. To praca przy autach.
Poszedłem pod prysznic a pozniej ubrałem się już na impreze. Była godzina 17:56. Tak wiem miałem duzo czasu ale on niesamowicie szybko zleciał do 19:00.

Stalismy pod domem. Wszysty sie z czegos smiali tylko ja analozowałem [T.I.] i jej przyjaciolke z góry na dół. Nie zauważyl że jej przyjaciółka spogląda na mnie. Teraz nie miałem zamiaru tchórzyć więc jako pierwszy się do niej uśmiechnąłem. Ona oczywiście to odwazjemniła i odwróciła głowe w inną stronę. Po chwili ruszylismy w stronę domu gdzie odbywala sie impreza. Weszlismy i ogarnęła nas fala gorąca oraz nieprzyjemnego zapachu. Zobaczyłem kuchnie. Standarowe miejsce dla ludzi bez humoru, ktorzy podczas imprezy siedzą tam i sączą drinki romyślając i szkole i problemach. Tak to cos dla mnie. Idąc tam zobaczyłem wolne miejsce więc zająłem i poprosiłem o słabego drinka.
-Hej.
Poczułem że ktoś przejechał ręką wzdłuz moich plecow. Przeszly mnie ciarki a po chwili zza moich pleców wyłoniła się przyjaciolka [T.I.]
-O cześć.
-Co powiesz? Jestem Sky.
-Miło mi. Jestem Conor.
Podałem jej ręke. Nie umiałem gadać z dziewczynami.
-W sumie to nic. Nie lubie imprez.
-Tak ja tez nie przepadam. Ten harmider i zapach mnie odrzuca.
Zaśmiałem się. Wydawała się być fajną dziewczyną. Po kilku drinkach z nią wypitych, poczułem się dziwnie. Zaczęło krecic mi sie w glowie.
-Wszystko dobrze?
-Tak, tak.
-Chodź. Widzę że juz chyba jestes pijany.
Zaśmiała się i pociągnęła mnie za sobą. Weszlismy po schodach i do jednej z sypialni. Faktycznie dom był mega duży.
Usiadłem na łózku patrzac na obrazy wywieszone na scianach.
-Co?
Zapytałem kiedy dziewczyna stanęła oparta o sciane i skrzyzowala rece.
-Podobam ci sie?
-Co?
-Zapytałam czy ci sie podobam.
-Jasne. Jestes ładna miła i...
-Jestem dziewicą. Może...
Pokazała na łóżko.
-Mógłbyś...
-Nie ma mowy.
Wybełkotałem pół żywy. Nie wiedziałem co mam zrobić. Kiedy taka dziewczyna proponuje cos takiego.
-Przestan. Wiem ze chcesz.
Po woli przysówała się do mnie.
-Nie. Ide na dół.
Chciałem wstać ale ona szybkim krokiem podeszła i usiadła na mnie okrakiem. Dostrzegłem jej piękne oczg ale nie chciałem z nią tegp robić. Byłem pijany.
Lekko cmoknęła mnie w szyję a później w usta. Nie opierałem się sam nie wiedząc czemu. Delikatnie całowała moje usta na co ja odwzajemniałem pocałunek.
-Hej Sky idzie...
Dziewczyna szybko zeszła poprawiając sukienkę.
-O boże.
Zaśmiała sie [T.I.] 
-W takim razie widze ze zostajesz Sky?
-Nie nie idę już.
Dziewczyna wyszła na co [T.I] dodała.
-Masz jej numer?
-Nie.
Powiedziałem speszony.
-Dam ci.
Wyciągnęła ręke po telefon a ja jej go podałem.
-Zadzwon do niej rano. Chyba sie jej podobasz. Trzymaj sie.
Usmiechnela sie po czym wyszla z pokoju.
Opadłem na łóżko analizując to vo się przed chwilą wydarzyło. Po paru minutach zeszłem na dół. Chlopcy jeszcze tanczyli i wygłupiali sie. Ludzie sie porozchodzili w tym Sky i [T.I.].
Podeszłem do Jamesa ktory ledwo zył. Usiadłem na kanapie i oczywiscie juz doskonale wiedzialem ze mniedzy mną a [T.I.] nic nie będzie. Moze to nawet i lepiej? Nie narażam mojej przyjazni z Bradem. Z resztą Sky mi sie nawet podoba. Chyba problem został rozwiązany.

___________________
hej;) tak to znowu ja z kolejnym imaginem haha. mam nadzieje ze sie spodoba i licze na komentarze. nastepne pojawią sie juz za tydzien w piątek. kocham was i do zobaczeniaaaa;}

sobota, 13 września 2014

Rihanna cz.3 ostatnia

-Słucham?
-Tężec. Wiesz co to?
-Tak wiem co to tężec, ale niby skąd go mam? Jak?
-Posłuchaj. Będzie dobrze. Prawdopodobnie od tatuażu ktory zrobilas. Ale to nic zlego. Musisz tylko brac regularnie leki i zastrzyki. Mysle ze za tydzien bedziesz juz w domu.
-To dobrze. Dziękuje.
Lekarz wyszedł a zaraz po nim wpadła mama.
-Mowilam. Wiedzialam.
-Mamo! Przestan. Lekarz powiedzial ze nic mi nie jest.
-Moj boze wiem! Rozmawialam z nim. Nigdy wiecej nie zrobisz sobie tatuazu, jasne?
-Tak.

*tydzien pozniej*
Jestem juz w domu. Spiąca i zmęczona po szpitalu. Schudłam, zbladłam. Dostałam tabletki i syropy. Jeden antybiotyk ktorego nie da sie przelknąc i musze jeszcze isc na szczepionkę. Oprocz tego nie chodze do szkoly. Siedze cale dnie na fotelu sama w domu. Rodzice sa w pracy. Ogladam telewizje lub czatuje. Po prostu sie nudze. I tak przez kolejny miesiąc.

*miesiac pozniej*

Wiec czuje sie lepiej. Juz nie daje rady jesc tych lekow. Ale czuje sie dobrze wiec nie jem juz polowy. Mama o tym nie wie. Ale ona nie musi. Ja wiem co robie.

*kolejny miesiac pozniej*
*z perspektywy Katy*
Szłam wlasnie do domu Riri. Bylysmy umowione. Paul tez miał sie zjawic. Powolnym krokiem pokonywalam nastepne metry by dojsc do domu przyjaciolki. Kiedy po woli dovhodziłam do domu zobaczylam karetke i panikującą matke Riri. Szybko tam podbiegłam.
-Co sie dzieje?
-Robyn zemdlała i uderzyla glową o podłoge.
Zerknęłam na Paula ktory nerwowo przygryzał policzek i bawił się palcami modląc sie w myslach. Milczał. Jej taty nie bylo. Mama byla cala roztrzesiona. Ja sama nie wiedzialam co mam robic. Po chwili wsiedlismy do auta i pojechalismy pod szpital. Kiedy weszlismy ogarnął mnie nieprzyjemny harmider a co gorsza zapach szpitala. Nie nawidze go. Kiedy Riri zostala wprowadzona na sale my czekalismy na korytarzu modląc sie w duchu zeby to wszystko dobrze sie skonczylo. Po trzech godzinach wdychania smrodu wyszedl lekarz z informacja ze moja przyjaciolka lezy w spiaczce i nie wiadomo czy przezyje. Wykryto ze nie brala lekow od 2 miesiecy co dało tężcowi przewagę oraz ma wstrząs mózgu, przez upadek spowodowany osłabieniem. Skorcze tez byly przez tężca. Oczywiscie lekarz nie powiedział nam że na nieleczonego tężca mozna umrzec, czego dowiedziałysmy sie po fakcie. Przez 2 tygodnie, Robyn lezala w szpitalu a jej stan sie pogarszal. W koncu lekarze odłączyli kroplówkę nie widząc szans na przeżycie. Bardzo cierpiałyśmy z jej mamą, Paulem i ojcem, a takze moimi rodzicami. Oczywiscie rodzina zabronila mi sie tatuować, a ja posłuchałam. A mialo byc tak pięknie. Riri była starsza o pór roku wiec gdy miala 18 lat nie czekala na mnie i zrobila tatuaz. Ja mialam zrobic sobie taki sam tylko wtedy kiedy skoncze 18 lat. Nie udalo sie.
____________
hej;) tak wiem nie wyszedł ;( ale cóż. mam tyle imaginow do napisania ze nie wiem o czym mają byc i kiedy je napisac¿¿
Z gory przepraszam za błędy, ale pisze na telefonie a tutaj ciezko jest pisac ;) PROSZE KOMENTUJCIE<3
Mam nadzieje ze za niedlugo pojawią sie kolejne imaginy i mam tez nadzieje ze je czytacie i bedziecie komentowac. Zycze milej nocki ;))

czwartek, 14 sierpnia 2014

Demi

-Demi ma depresje.
Stwierdziła pani psycholog.
-Nie mam depresji. Mamo?
-Pani mowi ze masz to masz.
-Ale...
-Żadne 'ale'.
-Nie mam depresji.
-Prosze mi powiedziec Panno Lovato, kiedy czujesz sie najgorzej? O jakiej porze dnia?
-Rano.
-To oznaka depresji. Czy czujesz niepokój? Jesteś niespokojna?
-Nie.
-Tak.
Wtrąciła się mama.
-Następna objawa depresji. Czy codzienność Cię nuży?
-Nie.
-Nuży ją. Już nie cieszą jej rzeczy ktore kiedys ją cieszyły.
Znowu mama sie wtrąciła.
-Moze dlatego ze wydoroślałam i nie cieszy mnie zabawa lalkami.
-Ehh..nie o to chodzi.  Czy moze nam pani cos poradzic?
-Cóż...w tym przypadku farmakoterapia jest nie zbędna. Przepisze ci leki na uspokojenie, poniewaz mama mowiła ze jestes niespokojna i pożera cię stres. W twoim przypadku nie  jest konieczne inne leczenie. A mam do ciebie jeszcze jedno wazne pytanie. Opowiedz mi o twoich bliznach na nadgarstkach.
-Więc...to zaczęło się jakieś...pięć lat temu. Miałam 13 lat. Moje pierwsze problemy były związane ze szkołą. Nie byłam akceptowana przez rówieśnikow. Często przez to płakałam. Pózniej dochodzily codzienne problemy typu kłótnia z rodzicami czy  kompleksy. Pewnego dnia jeden z moich znajomych dokuczał mi bardzo w szkole. Kiedy wrociłam do domu długo zastanawiałam się czy się pociąć i doszłam do wniosku że to nie jest najlepszy pomysł ale kiedy zaczęłam się powoli przełamywać i ciąć się, uznałam że robiąc to nie skupiam się na bólu wewnętrznym tylko na zewnętrznym. To tak jakby odrywało mnie od rzeczywistosci. Czulam tylko to. Uznawałam ze to mi pomaga. Najpierw zrobilam to raz, drugi, trzeci. Pozniej juz regularnie. Rano i wieczorem. Moja podswiadomosc byla na to przygotowana wiec cieszylam sie ze nadszedl czas sięgnięcia po nóż i odstersowania sie.  Przez rok robilam to dwa razy dziennie. Na nogach, rękach i wszędzie gdzie bylo miejsce. Pewnego dnia mama to zobaczyla i zrobila mi awanture. Po klotni pocielam sie tak bardzo ze wylądowałam w szpitalu. Pozniej powoli przestawałam to robic. Az mama uznala ze mam depresje i jestem.
-Interesujące. A czy żałujesz?
-Teraz bardzo. Jestem cala w bliznach. To brzydko wygląda. Nie moge sie rozebrac na plazy czy nawer ubrac krotkich spodenek czy bluzki na ramiączkach.
-Tak. Wiem. Dobrze w takim razie macie tutaj recepte i widzimy sie za tydzien o tej samej porze. Do zobaczenia Demi.
-Do widzenia.

                JEZELI SIE TNIESZ TO PRZESTAN I POROZMAWIAJ Z KIMS BLISKIM. TO LEPSZE NIZ NISZCZENIE SAMEJ SIEBIE!!!

---------
Hej. Przepraszam ze taki krotki ale nie mam weny. Imaginy mozna zamawiac na asku @GwiazdyZabawy
Do zobaczenia :D

środa, 13 sierpnia 2014

Jelena-smutna

Pewnego dnia wstałam bardzo radosna. Do szpitala przez okna wręcz włamywało sie słonko. Uśmiechnęłam się sama do siebie i czekałam cierpliwie na śniadanie. To akurat bylo moje ostatnie śniadanie.
-Witaj Selenka.
-Cześć Grace.
Grace to moja pielęgniarka. Słodka blondynka o wielkich zielonych oczach.
-Jak się spało?
-Świetnie. Tylko burczy mi w brzuchu.
-Tak wiem dlatego mam dla ciebie śniadanko.
Skrzywiła się mówiąc to. Wiedziała że nje lubie tutejszego jedzenia.
-Wiem że nie chcesz. Ale co mam poradzić?
-Nic Grace. Zjem to. Jak codziennie.
-Spokojnie. Juz niedlugo nie będziesz musiała. Jutro wychodzisz.
-Tak wiem. Ciesze sie.
Mówiąc to wzięłam do reki kawałek chleba i zjadłam go.
-Idę juz Sel. Trzymaj się.
-Pa pa.
Zjadłam to coś bo bylam bardzo głodna. Po chwili jednak przyszedł Justin i przyniósł mi dobre jedzenie.
-Hej skarbie.
-Hej Justinek.
-Kupiłem ci pyszności. Jak sie czujesz?
-Nie chce cie martwić ale źle.
-Jak to? Kochanie na pewno sie poprawi. Kocham cię.
-Ja ciebie też kocham.
Po tych slowach cmoknał mnie w czoło.
-Będzie dobrze wiesz? Bardzo cie kocham.
-Tak wiem. Ja ciebie tez bardzo kocham. Ale wiesz ze za niedlugo bedzie koniec?
-Wiem i tego sie boje. Strasznie sie boje.
-Nie boj sie Justin. Będzie dobrze. Dasz sobie rade.
-Co ja zrobie bez ciebie?
Z jego oczu zaczeły lecieć łzy.
-Poradzisz sobie. Nie płacz. A gdzie mama?
-Mama? Mówiła że przyjdzie za jakieś pół godziny.
-Jasne. Fajnie. Justin nie płacz.
-Jak mam nie płakać. Kocham Cie.
-Justin wiem ale dasz sobie rade. Wierze w ciebie. Jestes mlody. Masz 18 lat.
-Ty tez masz tyle.
-Ale ja to co innego. Ty będziesz żył. Pamiętaj że jezeli cos sie stanie to wiedz że dopóki sam Bog Cię nie wezwie to nie mozesz nic zrobić.
-Nie zabije sie Sel obiecuje.
-Masz cale zycie przed sobą. Pamiętaj o tym.
-Jasne.
Powiedział przez łzy. Ja w tym samym momencie zaczęłam się dusić.

*oczami Justina*
W pewnym momencie Selena zaczęła kaszleć i ciężko oddychać.
-Co ci jest?
-Justin. Pielęgniarke.
Zerwalem sie najszybciej jak mogłem z krzesła i poleciałem po doktora.
Kazali czekac. Czekac na zewnątrz. Siedząc tam 2h zaczęlismy sie niepokoic. Po 3h wyszedł lekarz.
-Selena...-westchnął - Nie żyje. Białaczka wygrala.
W tym momencie ugiely sie pode mną nogi. Czułem sie strasznie. Nie wiedziałem co nam zrobic. Czy plakac. Czy po prostu odejsc. Selenka przygotowywala mnie na to. Nas wszystkich przygotowywała na jej śmierć. Obiecalem jej ze sie nie zabije. Ze bede zyc. Ale to takie ciezkie. Tak bardzo trudne. Nie wiem czy dam rade. Ona na pewno chcialaby abym zyl. Zrobie to dla niej. Bede silny. Białaczka nie zniszczyla jej zycia. Ona zniszczyla zycie nam. Calej jej rodzinie.
______
Hej. To ja z imaginem o Jelenie. Przepraszam ze smutny. Tak wyszloo ;(
Dobranoc :p

Rihanna cz.2

-Czys ty zwariowala?
-Ale o co ci chodzi. Przeciez jesten pelnoletnia. Sama decyduje o tym co robie.
-Ale tatuaz? Dlaczego z nami tego nie uzgodnilas?
-A po co? I tak byscie sie nie zgodzili.
-A masz pewnosc?
Wtrąciła sie mama.
-Wlasnie. Jestes nienormalna. A jak ci sie znudzi?
-Tato! Nie znudzi. Jest maly.
-Na caly nadgarstek.
-To maly. Dajcie mi spokoj.
Wybieglam z kuchni i polecialam do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i schowalam go do szafki po czym usiadlam do laptopa.

RANO

Obudzil mnie SMS. Z racji tego ze dzis weekend spalam do pozna. Czyli do 9. Zazwyczaj wstaje o 5 lub 6.
Przetarłam oczy i zerknęłam na telefon.
Od Katy.
"Spotkajmy sie dzisiaj. Chce zobaczyc twoj skarb. Za kosciolem o 12. Kocham. Pa"
Skarb? Dlugo sie zastanawialam co to moze byc ale doszlam do wniosku ze chodzi o tatuaz.
Wstałam i lekko polozylam stopy na podlodze. Podeszlam do lustra. Masakra. Weszlam do lazienki i poszlam pod prysznic. Czyściutka i ubrana w czarne spodnie, czerwoną koszule i trampki zeszlam do kuchni.
-Cześć.
Powiedziala mama oschle.
-Hej. Wychodze za godzine.
-Gdzie?
-Do Katy.
Podeszlam do apteczki wyciągając bandaż. Musialam zmienic opatrunek na tatuaz.
-Tata pojechal do pracy. Wiesz ze pracuje w weekebdy. Ja jade do cioci Li.
-Do tej dziwnej wychudzonej?
Zapyalam owijając ręke nowym, czystym bandazem.
-Dobrze wiesz ze nie je mięsa. Zamknij dom i okna. Pogoda dzisiaj nie jest zbyt ładna. Moze padac.
-A kiedy masz zamiar wrocic?
-Cos okolo osiemnastej.
-Ok. To czesc.
-Pa.
Mama chwycila klucze od auta i wyszla. Ze wzgledu na to ze nie mialam zbyt duzo czasu a kosciół nie byl blisko, wyszlam z domu o 10:47.
Idąc poczulam skurcz w lewej ręce. Zaczynal sie nasilac. Ale szczerze to olałam.
Po 15 minutach doszlam do kosciola. Tak wiem. Bez sensu spotykac sie za kosciolem.
Zobaczylam Katy.
-Hej.
Przytulila mnie.
-Pokaz.
Odwinęłam bandaz i pokazalam jej napis
'forever young'
-Jejku jaki sliczny. Moi starzy by sie nie zgodzili.
-Moi tez sie nie zgodzili. W ogole im nie.powiedzialam.
-I co oni na to. Jak to zobaczyli?
-Kłocili sie ze mną. Ale coz. Juz za pozno.
Katy sie zasmiala.
-Rih idziemy cos zjesc na miasto?
-Nie wzielam kasy.
-Ja ci pozycze. Oddasz mi kiedys.
-Ok. To chodzmy.
Poszlysmy do la coffee. Nasza ulubiona kawiarnia. Zawsze tam chodzimy dlatego mamy znizki na kawe i ciasta.
-I co powiesz jeszcze?
Zapytala Katy popijając gorącą czekolade.
-Nic ciekawego. Oprocz tego ze rodzice się ze mną kłócą to nic sie specjalnego nie dzieje. Lepiej powiedz co u ciebie. Jak z Alexem?
-Ymm dobrze. Ostatnio sie troche pozarlismy ale tak to jesr spoko.
-To dobrze. Ktora godzina?
-14:52
-Idziemy do mnie? Ojciec ma nocke a mama wroci kolo osiamnastej.
-W sumie to spoko.
Dopilysmy kawe i ruszylysmy przed siebie. Katy jest jak moja siostra. Od poczatku do konca. Poznałam ją w drugiej klasie kiedy sie tutaj przeprowadzilam. Byla dla mnie mila i usiadlysmy razem. Od tamtej pory trzymamy sie razem.
Kiedy byłysmy juz nie daleko domu poczulam skurcz w nodze.
-Aaa
-Ej co ci jest? Wszystko ok?
-Tak.
Powiedzialam przez zęby i chwyciłam sie za łydke.
-Dzisiaj w drodze tez tak mialam tylko ze w ręce. Przypuszczam ze to zakwasy lub cos.
-Aha.
Katy zrobila dziwną mine jakby cos podejrzewala ale udalam ze tego nie widze.
Po woli otworzylam dom.
-Katy rozgosc sie. Chcesz cos do picia czy jedzenia?
-Nie dzieki. Chodz obejrzymy film. Zaraz ma leciec na Polsacie (xd)
-Ok juz ide.
Dwie godziny zlecialy nam na filmie. Pozniej odprowadzilam Katy do domu. W drodze powrotnej doznalam tak bolesnego skurczu ze az upadlam. Zaczelam szybko masowac noge.
-Hej nic ci nie jest?
Zapytal nieznajomy chlopak w czarnej blizie i jeansach.
-Wlasciwie to jest. Strasznie boli mnie noga. Dostalam skurcz.
-Daleko mieszkasz?
-Nie. Tutaj za rogiem. Ale nie dam rady tam dojsc dopoki skorcz nie popusci.
-Chodz tam jest ławka. Pomoge ci. Przeciez nie bedziesz siedziala na ziemi.
-Dziekuje.
Chlopak pomogl mi wstac i z trudem doszlismy do lawki.
-Dziekuje.
-Nie ma za co. Jestem Paul.
-Robyn. Ale mow mi Riri. Nie lubie swojego imienia.
-Jasne Riri.
Powiedzial z usmiechem. Troche sie poznalismy i skurcz popuscil.
-Odprowadzic cie?
-Nie musisz. Dam rade.
-A jak nie dasz?
Zasmial sie.
-Oj to chodz.
Droga byla krotka bo tylko 20 minut. Przez caly czas rozmawialismy. Paul wydawal sie byc mily.
-Jeszcze raz dziekuje za pomoc.
-Alez nie ma za co.
-Ok. To do zobaczenia.
-Poczekaj. Moze sie jutro spotkamy?
-Jasne. Dam ci jeszcze znac. Chcesz moj numer?
-Pewnie.
Podeszlam i zapisalam mu w telefonie swoj numer po czym sie z nim pozegnalam i weszlam do domu. Mamy jeszcze nie bylo. Postanowilam ze przeczytam ksiazke bo nic lepszego do roboty nie mialam.

2 tygodnie pozniej

Od dwoch tygodni nie mam juz skurczy. Moze faktyczni to byly zakwasy. Albo jednorazowe dawanie sie we znaki moich mięśni. Kiedys chodzilam na silownie ale przestałam. Wszystko ukladalo sie po mojej mysli gdyby nie ten jeden dzien.
Wstalam i przetarlam oczy. Dzisiaj jestem umowiona z Paulem. Idziemy do restauracji. Ale to dopiero wieczorem. Wykonałam poranne czynnosci po czym zeszlam na dol. Mamy nie bylo. Wyjechala na 3 dni w delegacje a ojciec byl w pracy. Mialam wolny dom wiec bez wahania zaprosilam Katy.
-Halo?
-Halo? Czesc Katy. Sluchaj. Mam wolną chate. Wpadniesz?
-Jasne. Daj mi godzine.
-Okej czekam.
Po rozmowie krzątałam sie troche po domu. Tutaj posprzątałam. Tam poprawilam. Po prostu nie mialam nic do roboty. Czekalam z niecierpliwoscią na przyjaciolke. W koncu uslyszalam pukanie. To ona.
-Gdzies ty byla co?
-Przeciez jest 11:31. W sumie mialam tu byc o 12.
-Boze ale to się ciągnęło. Idziemy na miasto? Czy zostajemy?
-Zostanmy. Na miasto pojdziemy potem.
-Jasne.
Razem z Katy komentowalysmy film ktory lecial. Jaki to on jest bez sensu i co mogli zrobic bohaterowie a tego nie zrobili.
O godzinie 18 Katy sie ulotnila a o 20 przyszedl Paul.
Ubralam czerwoną sukienke i szpilki. Wlosy zostawilam rozpuszczone i pomalowana zeszlam na dol by otworzyc chlopakowi.
-Wow. Wygladasz slicznie.
-Nie przesadzaj.
Zasmalam sie.
-Ale dziekuje. To co idziemy?
-Idziemy.
Mielismy rezerwacje w restauracji na 20:30. Po drodze mialam lekki problem z wypelnieniem pluc powietrzem.
-Dobrze sie czujesz?
Zapytal kiedy kolejny raz nie moglam zlapac oddechu.
-Tak wszystko gra. Juz tak mialam zaraz przejdzie.
Sklamalam. To byl pierwszy raz.
-Boli cie reka?
Zauwazyl ze dotykam i masuje reke w miejscu tatuazu.
-Ymm. Tak troche. Ale to tatuaz. W koncu musi troche pobolec.
-No tak.
Zasmial sie a bol w nadgardtku sie nasilal.
Po paru minutach juz bylismy na miejscu. Zaczynalam czuc bol w łydce. Nie chcialam psuc tego wieczoru wiec udalam ze nic sie nie dzieje.
Weszlismy do restauracji. Zaczynaly sie.problemy z oddychaniem.
-Hej na pewnk wszystko gra? Mozemy jechac do domu jesli sie zle czujesz.
-Nie, wszystko gra. Chodzmy.
Nic nie gralo. Po prostu czulam sie fatalnie. Chcialo mi sie plakac. Nie wiem dlaczego. Zaczela bolez mnie żuchwa. Bardzo mnie bolała.
-Chodz. Idziemy stad. Strasznie marnie wyglądasz.
-Nie.
Powiedzialam przez zęby. Nie moglam mowic. Bardzo mnie bolało. Zaczełam gwałtownie oddychac. Nie moglam zlapac tchu. Wyszlismy na zewnątrz.
-Co sie dzieje.
-Nie wiem.
Nie moglam nic powiedziec. Przez zaciśniętą szczęke nie moglam słapac tchu a to bylo najgorsze.
-Nie mozesz mowic? Dusisz sie?
Chcialam mu powiedziec ale nie dalam rady.
-Dobra nic nie mow. Jedzimy do szpitala.
Poslusznie wsiadlam do samochodu. Paul jechal bardzo szybko. Ja nie moglam oddychac. Widzialam zamazany obraz ale bylam przytomna. Po chwili bylismy na miejscu. Wbieglismy do szpitala a za jakies 5 minut przybiegl lekarz i pielegniarki.
-Ma gorączke. Boli cie żuchwa?
Kiwnęłam głową twierdząco.
-Masz szczękoscisk. Mialas skurcze?
Znowu kiwnelam twierdząco.
Lekarz zerknął na tatuaz. Nadgarstek byl napuchnięty.
-Boli?
-Yhmmm
Szybko powiedział cos do pielęgniarek a jedna z nich gdzies poszla. Poznien wrocila z wielką strzykawką i wbila mi ją w żyle. Po tym zasnęłam.

Obudzil mnie glos lekarza. Obok stala mama. Nie zauwazyli ze sie ocknełam. Ojciec tez tam byl. Stal nieruchomo bardzo skupiony. A gdzie Paul? Chcialam go przeprosic za to co sie stalo. Doktor zerknął w moją strone i zapraszającym gestem wpuscil rodzicow do srodka.
-Jak sie czujesz skarbie?
Zapytala mama.
-Dobrze.
Szczęka jeszcze bolała ale juz mniej niz wczesniej.
-Ciesze sie. Pan doktor wszystko nam powiedzial. Paul mu przekazal.
-Gdzie on jest?
-Paul? Poszedl do łazienki. Zaraz wroci.
-Musze z nim pogadac.
-Jasne słonce.
Mama usmiechnela sie lekko po czym wszedl Paul.
-Hej. Jak sie czujesz?
-Chyba dobrze. Mamo?
-Tak juz wychodzimy. 
Ojciec skarcil go wzrokiem. Mnie rowniez. -Paul przepraszam ze tak wyszlo. Nie wiem co sie stalo.
-Jasne nie ma sprawy. Najwazniensze jest to ze czujesz sie juz lepiej. A do restauracji pojdziemy kiedy indziej.
-Wiesz, na prawde chcialam z tobą tam byc. Porozmawiac.
-Wiem. Ja z tobą tez. Ale spokojnie. Pojdziemy kiedy indziej. Teraz sie nie martw. Ja tu jestem. Mozemy pogadac.
-Czesc Robyn.
Przerwal facet w bialym fartuchu. Tak. To byl lekarz.
-Dzien dobry.
-Jak sie masz?
-Dobrze. Chyba.
-Przepraszam ze przeszkadzam ale musimy przeprowadzic badania.
-Jasne.
-Riri? Porozmawiamy jak wrocisz.
-Jasne.
Paul usmechnął sie cieplo a pozniej zniknął na drzwiami.

*PO BADANIACH*

Zostałam odwieziona na sale. Rodzice, Paul i Katy tam juz czekali.
-Slyszalam co sie stalo wiec szybko przyjechalam.
Powiedziala zdyszana Katy.
-Katy nie musialas. Przeciez wszystko gra.
-Wiesz jak to jest. Chcialam sie dowiedziec co ci dokladnie jest. A przez telefon sie nie dalo.
-Dzieki. Fajnie ze jestescie.

2GODZINY POZNIEJ

-Witam ponownie Riri.
-Dzien dobry znowu.
-Mam wyniki badan. No wiec nie jest najlepiej. Masz tężca.

________
Heloł wszystkim. Napisalam 2 czesc jupi:)
komentujcie bardzo prosze ;)))
Do zobaczenia :D

wtorek, 12 sierpnia 2014

Justin i Selena cz.3

Obudzilam sie i zobaczylam obok siebie Ashley siedzącą na fotelu, pijącą cos z kubka. Oglądała telewizje. Wpatrzona w ekran nie zauwazyla ze sie obudziłam.
-Ekhm..
-O Sel! Wstałas? Jak sie spało?
-Dobrze. Gdzie Lucy?
-Liam pojechal po nią. Spokojnie mozesz mu zaufac.
Powiedziala z usmiechem na co ja odpowiedzialam tym samym.
Zmieniłam pozycje z leżącej na siedzącą i sięgnełam po chipsa ktory grzecznie czekal aż zostanie zjedzony. Tak jak reszta chipsów w misce.
-Widziałas sie z Justinem?
-Tak. Na miescie. A co?
-Ciągle wydzwaniał na twoj telefon. W koncu go wyciszylam.
-Emm...to dobrze. Nie mialam ochoty z nim gadac.
-A cos sie stalo? O czymś powinnam wiedziec?
-W sumie to tak. Zobaczylam go dzisiaj z jakąś laską. Wyglądala jak dziwka. Ale mniejsza. Wiesz podłapał ją za tyłek przy okazji. No i podeszlam do niego. Tlumaczyl sie ze to jego znajoma a ona podala mi reke na przywitanie.
-Nie gadaj.
-Nazywa sie Tania. Wiec powiedzialam mu ze to koniec. Wiesz nie dlatego ze złapał ja za dupe tylko za inne rzeczy ktore mi zrobil. Za te przykrosci. Juz nie moglam z nim byc.
-Dziewczyno nie wierze. Ty sie mu postawilas? A co on na to.
-Zdziwil sie ale nie uległam. Zapytal co ja wygaduje i w ogole. Idiotyzm. Skoncze z nim raz na zawsze. Po prostu to juz koniec.
-Jejku jak sie ciesze.
Po tych slowach Ashley przytulila mbie.mocno na co ja wyszczerzylam ząbki. Bylam tak samo szczęsliwa co ona. Moze troche bardziej.
-Czekaj.
Przerwała.
-Slysze auto. To Liam i Lucuś. Ide otworzyc.
-Ok.
Ashley pobiegla a ja sięgnęłam po kolejnego chipsa.
-Cześć mamuś.
-Hej kochanie. Chodz tutaj. Jak tam w przedszkolu?
Corka podeszla do mnie i sie przytulila.
-Dobrze. Pani powiedziala ze bylam grzeczna. Moge chipsa?
-Mozesz kotku.
Odezwala sie Ashley.
-Dziękuje ciociu.
-Ależ proszę.
-Kochanie jestes glodna?
-Tak.
-Ok. Ashley my zaraz wracamy do domu.
-Ale czemu?
Zapytala dziewczyna tuląca sie do Liama
-Eh wiesz. Musze porozmawiac z Justinem. Nie mam zbyt wiele czasu. Wiesz o co chodzi.
Ashley dobrze wiedziala ze chodzi o to ze spiesze sie by zastac go trzeźwego.
-Ok my idziemy. Dziękuje Ci Liam ze pojechales po Lucy.
-Nie ma sprawy.
-Pozegnaj sie Lu.
-Pa wszystkim.
Weszlysmy do auta.
-Chcesz cos z miasta do jedzenia czy w domku cos zjesz?
-W domku.
Powiedziala z usmiechem.
-Dobrze Lucuś.
-Mamo?
-Tak?
-Tęsknie troche za tatą.
-Ale jak to? On caly czas jest w domu skarbie.
-Ale albo jest piajny albo gdzies znika na cale dnie wiesz?
Po takich slowach z ust 3 letniego dziecka moja adrenalina podskoczyla o 100% 
Ze złosci zacisnęłam ręce na kierownicy i dodałam gazu. Byłam tak bardzo wsciekla na Justina ze chcialam go zabic.
-Co sie stalo?
-Nic kochanie. Przypomnialam sobie cos.
**

Weszlam do domu z nadzieją ze Justin bedzie trzeźwy i ze w ogóle będzie.
-Justin? Kochanie idz na gore.
-Dobrze.
-Justin?
-Co?
Usłyszalam glos dobiegający z kuchni. Bez wahania pobieglam tam. On stal spokojnie oparty o blat i gapil sie w telefon. Podeszlam blizej i dalam mu w twarz.
-Pojebalo cie?
Rzucil telefon gdzies obok i lekko mnie szturchnąl.
-Co robisz? Dlaczego mnie popychasz?
-Dlaczego mnie bijesz?
-Dlatego ze przed chwilą nasza corka powiedziala ze za tobą tęskni. Wiesz dlaczego? Bo masz ją głęboko w dupie.
-Nie prawda nie mam jej w dupie. Ona wymysla ma 3 lata.
-Wiesz co mi jeszcze powiedziala? Ze ciągle jestes pijany albo cie nie ma w domu.
Troszke go zatkalo.
-To koniec. Koniec z nami.
-Chyba żartujesz.
Chwycil mnie mocno za rękę wbijając paznokcie w skure. Syknęłam z bólu próbując sie wyrwac ale na darmo.
-Nie zartuje. Nie będe z pijakiem rozumiesz? Nie chce zeby Lucy widziala to co ty wyprawiasz. Nie chce zeby miala takiego ojca i po latach zachowywala sie tak jak ty.
-Oszalałas? Zostaniesz ze mną. A co do dziecka to nie ma najgorzej.
-Ty jestes jakis nienormalny. Idz sie leczyc idioto. Co ty myslisz? Ze ona sie cieszy ze ma ojca? Ona czuje sie jakby go nie miala.
Po tym wszystkim uderzył mnie mocno w twarz. Spojrzal na mnie wsciekly i zaczął przepraszać.
-Pieprz sie.
Krzyknelam i pobieglam po Lucy aby zabrac ją z tego domu wariatow ale Justin pobiegl za mną.
-Co sie dzieje?
-Nic skarbie ale musimy jechac do cioci. Chodz idziemy.
-Nie idziecie.
Powiedzial Justin po czym podszedl do Lucy.
-Skarbie moze pojdziemy gdzies do parku?
-Nie. Nigdzie z nią nie pojdziesz. Zostaw ją. Chodz wychodzimy Lu.
-Dlaczego mamo?
-Bo teraz jedziemy. No chodz.
-Nie idziesz.
-Idziemy chodz.
Lucy wstala i podala mi ręke. Zleciałam szybko po schodach i kazalam Lucy isc do samochodu a ja pobieglam po telefon.
-Selena.
Uslyszalam glos Justina.
-Zostaw mnie.
Szukalam telefonu ktory gdzies tutaj byl.
-Porozmawiajmy.
-Nigdy. Jestes juz nikim dla mnie rozumiesz? Nikim. Skonczknym dupkiem. Ujrzałam telefon na sofie wiec po niego ruszylam.
-Przestan. Uspokoj sie.
-Nie. Zostaw mnie.
Wzielam telefon i chcialam uciekac ale on mnie zatrzymal.
-Puszczaj idioto!
-Zamknij sie. Odwala ci juz do konca? Co ty wyprawiasz? Oszalalas?
-Zrobilam błąd będąc z tobą przez tyle lat. To wyprawiam ze koncze z tobą raz na zawsze. To koniec. Nie zmienisz tego.
Wyrwalam sie i ruszylam do auta.
-Mamo co sie stalo?
-Nic siadaj. Jedziemy do cioci.
-Ale dlaczego nie moglam isc z tatą.
-Bo nie. Koniec tematu.

**

-Selena? Co ty tu...
-Przeszkadzamy?
-Nie coś ty. Wejdźcie.
-Dzięki.
-Lucy idz do wujka Liama. Co sie stalo?
-To co zwykle. Po prostu definitywnie koncze z Justinem. I tyle.
-Musial przegiąć. Pomoge ci nie przejmuj sie. Sluchaj. Nie mysl o tym. Napijesz sie czegos? Alkohol dobrze ci zrobi.
Powiedziala z cwaniackim usmieszkiem.
-Zwariowalas? A co z Lu?
-Liam sie nią zajmie. Nie moze pic. Ma jedną nerke i mogloby mu sie cos stac. Pojdzoe ją uspac czy cos.
-No nie wiem.
-Eh no weź. Raz musisz.
-No dobra ale nie przesadnie.

**

-Lucy spi. Ja bede sie bral do domu.
-Liamuś misiaczku nigdzie nie idziesz.
Ashley byla dosc pijana. Ja natomiast wypilam jedno czy dwa piwa.
-Ashley przestan.
-Nie ma mowy. Jak wyjdziesz to sie obraze. Przytul mnie a nie uciekaj.
Zasmialam sie dopijając piwo.
-Nie gniewajcie sie ale bede szla spac.
-Pijemy jeszcze po jednym Selcia. Siadaj. -Nie Ashley. Ide juz na gore.
-Siadaj kurwa mać.
-Okej. Tylko jednego.
Wypilam to ohydztwo i poszlam popic. Pozniej ulotnilam sie do Lucy. Ashley jeszcze siedziala na dole z Liamem ale po paru minutach ucichla a Liam zgasil swiatlo. To oznaczalo ze zasnela. Ja zrobilam to samo.

RANO

-Hej.
Podeszlam do lodowki wyciągajac z niej mleko. Dzisiaj wolne i od przedszkola i od pracy.
-Witam.
Powiedzial Liam.
-Ashley jeszcze spi?
Zapytalam.
-Emm tak tak. Wczoraj za duzo wypila.
-Tak. Troche za duzo.
Zasmialam sie a Liam powędrowal do łazienki.
-Selenka?
Ashley sie obudzila.
-O! Prosze prosze. Czyzby to nasz pijana spiaca krolwena?
-Przestan i podaj mi cos na glowe.
-Kapelusz moze byc?
Zapytalam rozbawiona.
-Tabletke deklu.
-Tak wiem.
Smialam sie z niej. Smiesznie wygladala leżąc na kanapie skacowana na maksa.
-Jak wytrzezwiejesz to wymyslimy cos na Justia, ok?
-Jasne. Ale wątpie ze dzisiaj uda mi sie wytrzezwiec.
-Powodzenia.
Zasmialam sie. Ashley tylko jęczala z bolu. Wrocil Liam i wlaczyl telewizor. Lucy jeszcze spala. Byla dziewiąta. Czulam sie swietnie. Nie bylam sama. Mialam Ashley. Ona mi pomoze. Moge na nia liczyc.

14 lat pozniej.

-Halo?
-Sel? Czesc tu Justin. Czekam na Lucy pod domem.
-Juz idzie.
Wcisnelam czerwoną sluchawke.
-Lucy? Gotowa?
-Tak juz schodze. 
-Pospiesz sie ojciec czeka.
-Ide przeciez.
Usiadlam na krzesle popijając kawe. Obok siedziala Elle. Corka Ashley i Liama. Miala 16 lat. Lucy miala 17. Ashley sidziala na przeciwko a Liam oglądal telewizje z synem Olivierkiem. Miał 5 lat ale byl taki zabawny. Niesamowity.
-Lucy ojciec!
-Juz!
Corka zbiegla z walizka po schodach.
-Bądź ostrozna. Wszystko masz? Pieniądze, bielizne?
-Mamo ile mam.lat zeby nie pamietac o takich rzeczach?
-Zadzwon jak dojedziecie.
-Jasne. Do zobaczenia.
-Trzzymaj sie skarbie.
-Jaki skarbie yhh
-To słonce.
-Tak lepiej.
Krzyknela i wsiadla do samochodu.
Martwilam sie o nią. Justin co prawda sie zmienil. Zaczął chorowac przez picie i opamiętal sie. Teraz juz nie wezmie do usr ani kropli alkoholu. Ale po rozstaniu sie z nim omalo nie zapil sie na smierc. Dobrze ze przyjechalam po rzeczy. Nasz zwiazek nie mial przyszlosci. Oczywiscie dlugo po tym prosil mnie o powrot ale bylam nie ugieta. Wiec dal spokoj. Teraz czuje sie bezpieczna. Po Justinie nikogo nie mialam. Skupilam sie na pracy i dziecku. Lucy jakos przyjela rozstanie. W koncu musiala. Z reszta ma 17 lat. Jest juz prawie dorosla.
Teraz mam normalny domek dwuosobowy. Ashley mnie odwiedza wraz z rodziną. Duzo sie zmienilo.od tamtego czasu. Na szczescie na lepsze.

______________
hey. wiem ze jest pozno xd ale zostalam.poproszona o imagin takze napisalam go dzisiaj. i jak sie wam podoba? mam nadzieje ze fajny :) pisalam go dluzej niz normalnie hahha
pozdrowionka misie i dobranoc xx

sobota, 9 sierpnia 2014

Rihanna cz.1

Weszlam na drżacych nogach do salonu tatuazy. Kiwałam się na prawo i lewo. Nie moglam sie uspokoic. Bardzo chcialam tatuaz ale okropnie balam sie igiel.
-Dzien dobry.
Uslyszalam za sobą.
-Dzień dobry.
Odpowiedzialam i podeszlam do faceta siedzacego na malutkim taborecie.
-Ja bylam umowiona.
-Tak wiem. Riri? Dobrze pamietam?
-Ymmm tak!
-Więc siadaj.
Wskazal na duzy czarny fotel.
-Gdzie chcesz go miec?
-Eee...tutaj.
Wskazalam na nadgarstek. Mężczyzna tylko spojrzal i zapytal.
-Masz jakis konkretny wzor?
-Tak.
Wyciągnęłam z kieszeni pomietą karteczkę z rysunkiem.
-Ładny.
-Dzięki.
-Ma byc kolorowy?
-Nie.
-Ok. To zaczynamy. Nie boj sie. W tym miejscu nie bardzo boli.
Usmiechnelam sie lekko i zamknelam oczy. Pierwszy raz poczulam bol ktory pozniej zmniejszal sie stopniowo.

**

-Dziękuje. Do widzenia.
Wyszłam ze studia i opatrunkiem na nagdarstku. Troche jeszcze bolało ale dało sie przetrwac. Idąc do domu myslalam co powie mama. Przeciez ona jeszcze nie wie ze zrobilam sobie tatuaz. Pewnie będzie zła. Ale przejdzie jej na drugi dzien.

**

-Oszalałaś?
-Ale mamo...
-Żadne "ale" dziecko! Masz tylko 18 lat. Jestes młoda. Jak moglas tak glupio postąpić? Wiesz że z tym musisz żyć?
-Ale ja to przemyslalam. Myslalam nad tym dosc dlugo i się zdecydowałam.
-Zobaczymy jak ci sie znudzi. To co wtedy?
-Nie znudzi. To tylko mały napis.
-Maly napis? Maly? Zwariowałas? On jest na caly nadgarstek.
-To maly.
-Jejku co ty ze sobą robisz dziecko drogie!
-Mamo nie jestem dzieckiem. Mam 18 lat.
-Zobaczymy co ojciec na to powie. Pewnie będzie tego samego zdania co ja.
-Tak tak...powtorka z rozrywki dzisiaj o 17 kiedy pan Ojciec wroci do domu.
-Ja zwariuje. Idź lepiej gdzies.  Zejdz mi z oczu.
Po pogawędce z mamą poszłam do pokoju i oczywiscie weszlam na laptopa. Zaczelam pisac referat tylko mialam problem z prawą ręką. Tatuaz jeszcze bolał. Podobno ma przejsc po dwoch tygodniach. Pisałam ten referat i pisałam. Ręka mnie bolała wiec po kilku minutach przestałam. Odłozylam laptopa i uslyszalam glos ojca. Tak. Wołał mnie zeby truć mi tylek tak jak mama. Powoli zeszlan do kuchni gdzie siedzial ojciec i jadl obiad. Mama tez tam siedziala. Wiedzialam co sie swieci.
______________
Więc skonczylam pierwsza czesc Riri. Przepraszam ze tak dlugo czekaliscie ale bylam na wakacjach :)
To do zobaczenia w nastepnej czesci.
PS. Przepraszam za bledy ale pisze na telefonie :D

wtorek, 22 lipca 2014

Justin i Selena cz.2

Spokojnym krokiem podeszłam do auta gdzie siedział już Justin. Otworzyłam powolnie drzwi i zajęłam miejsce pasażera.
-Szybciej się nie dało?
-Przepraszam.
Reszte drogi spędzilismy w ciszy. Zaczęłam wspominać jak to bylo za czasow liceum. Kiedy Justin jeszcze nie pil, nie palil. Dziewczyny go uwielbiały. A teraz? Moze nadal jest przystojny ale jego zachowanie doprowadza mnie do szału.
Z rozmyslen wyrwal mnie jego glos.
-Wysiasaj.
Pospiesznie wysiadłam z samochodu i udalam sie do domu Ashley. Przed jej posiadloscią zobaczylam dwa auta. Jedno bylo moje. Drugie natomiast nie nalezalo do Ashley.
-Hej kochana wejdz. Cos do picia?
-No hej. A nie dzięki. A czyje to...
-Liam! -przerwala mi Ashley. -Podejdz.
-Witam. Liam.
Chlopak wyciągnął do mnie rękę. Byl przystojny, wysoki i mial kilka tatuazy.
-Selena. Przyjaciolka Ashley.
Chlopak poslal mi usmiech.
-Zabawna historia. Zepsulo mi sie auto. Wiec zadzwonilam po Liama a on zgodzil sie mnie zabrac do domu. W ramach podziękowania zaprosilam go do siebie.
-Aha. To bardzo fajnie.
-Tez tak mysle. Poznaliscie sie.
-Tak. Wiecie ja sie zbieram bo musze zajechac po Lucy. Milego dnia. Czesc.
-Cześć.

**

-Bylas grzeczna?
-Tak.
-To sie ciesze.
-Bilam sie z kolegą.
-Słucham?
-No bo bawiłam się i on uderzyl mnie w ramię. To mu oddałam.
-Lucy...nie mozesz tak robic. Przeprosilas?
-Tak.
-To dobrze.

**

Justina nie bylo. Wrocil do pracy. Lucy bawila sie w pokoju a ja oglądałam telewizor. Co chwile zerkając na telefon czy przypadkiem nic nie przyszlo. Rozmyślałam o Ashley i Liamie. Moze w koncu jej sie poszczesci. Ona zawsze miala pecha w milosci. Liam wydaje sie bardzo mily i sympatyczny. Na pewno ją polubił.
Nagle uslyszalam glosny dzwiek dzwonka. Podeszlam.z nadzieją ze Justin jest trzeźwy jednak bylam w bledzie. W drzwiach ukazal mi sie on a za nim dwoch bladych gosci. Pijanych jak nie wiem co. Kolyszącym sie krokiem weszli do srodka nawet sie nie witajac. Zamknelam tylko drzwi.
-Justin pozwol na chwilke.
-Co?
-Po co ich tutaj przyprowadziles? Jestescie pijani. Jaki ty dajesz przyklad dziecku?
-Słuchaj. Jej tutaj nie ma.
-To moze bys sie zainteresowal gdzie jest?
-Mam to w dupie. To ty jej pilnujesz. Ja musze wracac. Obowiązki wzywaja.
Odszedł. Nie zastanawiając się wzielam Lucy i wyszlam z domu. Pojechalam do Ashley.
-Mamo? Dlaczego tata jest pijany? Kim są ci panowie? Gdzie jedziemy?
-Kochanie nie teraz. Zaraz ci to wyjasnie.
Nie mialam zamiaru jej mowic 'Twoj tata ma mnie w dupie i mnie nie kocha ale musi ze mną byc ze wzgledu na ciebie.'
Wlasciwie to wcale nie musi. Ja tez nie musze. Co mnie trzyma przy tym pijaku? Co jego trzyma przy mnie?

**

-Ashley wpadlam bo mialam....
Kiedy weszlam do domu przyjaciolki zobaczylam siedzącą ją okrakiem na Liamie.
-Ymm...czesc Selenka!
-Ja nie bede przeszkadzac.
Chcialam sie odwrocic i wyjsc ale uslyszalam jej glos.
-Nie stoj. Powinnam byla zamknąć dom.
-Coż to ja bede lecial.
Nagle wtrącil sie Liam.
-Nie musisz przecież...
-Pojde. Do zobaczenia misiu.
Po tych slowach cmoknął ją w usta.
-Pa kochanie.
Kiedy chlopak wyszedl ja nadal stalam jak wryta.
-"Do zobaczenia misiu"?
Powtórzylam.
-Tak. Jestem z nim. Ale nie wiem czy to wypali.
-Trzeba byc dobrej mysli. Kochanie rozbierz buty.
-A co ciebie tutaj sprowadza?
-Justin.
-Skąd wiedziałam?
-Ashley ja juz nie mam sily. Przylazl nachlany jak swinia z jakimis typami. Co ja mialam zrobic? Na co Lucy patrzy?
-A nie mowilam?
Skarcilam ją wzrokiem.
-Przepraszam. Ale ja cie ostrzegalam. Mowilam. Tłumaczylam. A ty swoje.
-Wiem ale bylam zakochana. Teraz to ja juz nie wiem sama co czuje.
-Nie mozesz z nim byc.
-A co z Lu...
-Nie będziesz się męczyc z powodu na dziecko. Dorosnie to zrozumie. Moi rodzice tez sie roziwiedli kiedy mialam 2 latka. Teraz rozumiem dlaczego. Wczesniej nie wiedzialam ale zycie nie jest łatwe.
-I co ja mam zrobic?
-Jak ten pacan wytrzeźwieje to do niego pojdziesz i mu powiesz.
-Eee nie wiem.
-Boisz sie?
-Nie.
-Boisz sie. Widzisz do czego on doprowadzil? Boisz sie go. Spokojnie ja to zalatwie.
-Nie ma mowy. Ja sama to zrobie.
Połozylam reke na glowie i w tej samej chwili ktos zacząl walic w drzwi. Domyslalam sie kto to.
-Ty siedź. Ja otworze.
Ashley podeszla do drzwi. Ujrzala Justina. Tak jak podejrzewalam.
-Czego?
Powiedziala przez drzwi.
-Gowna. Otwieraj suko!
-Spierdalaj stąd bo zadzwonie po policje.
-I co mi zrobią.
-Gowno. Idz sobie.
-Worce po Selene.
Odszedl.
-Idiota. Jak mozesz z nim zyc?
-Sama nie wiem.  Ale nie wiem tez czy sobie poszedl. Zazwyczaj tak szybko nie odpuszcza.
-Walić go. Chodź do salonu.
Reszta dnia nawet szybko zleciala. Zanim sie obejrzalam byla 22:30 a Lucy nadal sie bawila.
-Kochanie idz juz spac. Jutro przedszkole.
Powiedzialam przecierajac oczy.
-Tak wiem. Juz ide.
-I co teraz
Zapytala Ashley bez zadnych emocji.
-Co co teraz?
-Co mu powiesz dokladnie?
-Cos wymysle. Ale nie rozmawiajmy o tym teraz.
-Jak chcesz.

**rano**

Po zaprowadzeniu Lu do przedszkola wrocilam do domu Ashley. Miala dzisiaj wolne wiec chcialysmy ten dzien spedzic razem. Jednak nic nie wypalilo. Weszlam.do domu a na lodowce wisiala kartka.
'Liam mnie porwal. Przepraszam'
Aha to super. Co ja bede robic? Moze pojde na miasto? W sumie calkiem dobry pomysl.
Ogarnelam sie i wyszlam. Idąc do mojego ulubionego sklepu zobaczylam Justina. Justina i jakąś dziewczynę. Miala w reku kwiaty. On ją obejmowal. Zezloszczona podeszlam do niego.
-Co ty wyprawiasz?
-O co ci chodzi?
-Kto to jest?
-Tania.
Podala mi reke. Bezczelna.
-Kim ona jest.
-Znajomą
-Zajebiscie sie obchodzisz ze znajomymi. -Przestan robic sceny. To tylko znajoma.
-Dobra przestań. Koniec z nami rozumiesz?
-Co ty pieprzysz?
-Odwal sie.
Odwrocilam sie na piecie i poszlam w strone domu Ashley. Bylam z siebie dumna.
-Ej zaczekaj. Co ty wygadujesz?
-Nic. Po prostu to koniec. Męcze sie z tobą rozumiesz?
-Jak to?
-Normalnie. Do zobaczenia w sądzie.
Sama nie wiem co we mnie wstąpilo ze sie mu postawilam. Wtedy sie go nie balam.
Weszlam wolno do domu i opadlam na kanape. Zasnelam. Tak po prostu zasnelam.
CDN...

------------
Hej. Oto kolejna czesc <3 nie komentujecie tego :( czekam z niecierpliwoscia na komentarze. Sorki za błędy ale jestem na telefonie. To do zobaczenia:-)

piątek, 18 lipca 2014

Justin i Selena cz1.

Obudził mnie silny wiatr otulający moje ciało. Pościel leżała na ziemi a okno otwarte na oścież wpuszczało do mojego pokoju zimny powiew. Powolnym krokiem zwlokłam się z łóżka i podeszłam do okna by go zamknąć. Kiedy to wykonałam poczłapałam do łazienki gdzie zrobiłam wszystko to co potrzeba. Ubrana i uczesana zeszłam na dół. Justina nigdzie nie było. Pewnie poszedł do pracy. Zawsze zapominam kiedy ma wolne a kiedy musi isc pracowac. Podeszłam cicho do Lucy śpiącej słodko. To moja córka. Zaszłam w ciąże troche wczesnie poniewaz juz w wieku 17 lat. Justin to oczywiście ojciec. Lucy miała trzy latka Tak. Trzy lata męczę się z Justinem, ktory pije, pali i ciągle ma klopoty z polocją. Jedyny plus to to ze pracuje. Tylko gdzie? W jakiejs dziurze jako tatuażysta. Nie wiem co tak dokladnie tam.robi, poniewaz nie raz słyszałam plotki, że widziano tam prostytutki. Pytając Jusa o co chodzi wypierał się że to tylko głupie plotki. Gdyby nie Lu juz nie bylibysmy razem.

Lucy spała jak suseł więc nie tracąc czasu wyszłam do sklepu po świerze bułki. Sklep graniczył z naszym domem więc nie zajeło mi to nawet pięciu minut. Po zjedzonym sniadaniu postanowilam obudzić Lucy ponieważ była juz 8:23 a ona ma na 9 do przedszkola. Posłusznie wstała, ubrała się i zjadła po czym obie wyszłyśmy z domu. Usadziłam ją w foteliku a pozniej sama wygodnie usiadłam i odpaliłam auto.
Lucy była dzielna. Dumnie chodziła do przedszkola i byla grzeczna. Cieszyłam się bo przynajmniej ona nie sprawiała mi kłopotow.
Kiedy ją odwiozłam ruszyłam do Ashley. Jest ona moją najlepszą przyjaciółką. Odradzała mi bycie z Justinem ale jej nie posłuchałam. Miałam wtedy swoj świat.
-Hej kochanie! Co do picia?
-Kawe poproszę. - powiedziałam jakby wyczerpana.
-A co ty taka nie do życia?
-A co ty taka w humorze?
-Wiesz...poznałam kogoś. Wysoki brunet. Nazywa się Liam. Jest nieziemski.
-Liam? Fajnie. Kiedy go poznałaś?
-Jakiś czas temu. Nie mowilam Ci bo czekałam na odpowiedni moment. Ale nie o mnie mowa. Jak tam z Justinem?
-Emm...dobrze. Podasz mi cukier?
-Selena? Zostaw go. On nie jest tego wart. - Mowiąc to miała na myśli to jak wyglądam. Kiedy Lucy się urodziła Justin mi nie pomagał. Sama wszystko robiłam. Czasem moja mama mi pomogla ale ze wzgledu na jej stan zdrowia nie chciałam jej powierzac zbyt dużo obowiązków. Nie spałam, nie jadłam. Po prostu nie miałam na to czasu. Jeszcze praca. Teraz juz nie pracuje ale wtedy bylo inaczej.
-Skończ z tym. Ja go kocham. On czuje do mnie to samo. Jesteśmy szczęśliwi. - popiłam łyk kawy- Z resztą. Nie mogę pozbawić Lucy ojca. Nie zniosłaby tego.
-Ale ty nie pozbawisz jej ojca. Przecież nie mozesz się męczyc ze względu na dziecko. Jak będzie starsza to zrozumie. A Justin przecież będzie mógł ją widywać, zabierać i tak dalej.
-Ashley proszę Cię. Nie rozmawiajmy o tym. Nie mam siły. Na tym łóżku u mnie w sypialni nie da się spać. Wszystko mnie boli jak wstaje.
-Mam pomysł. Zostawie ci klucze i pojde do pracy a ty sie przespij a pozniej ogarnij bo nie za dobrze wyglądasz. Kiedy wrócę pójdziemy na kawę, poplotkujemy i odbierzemy Lu z przedszkola. Co ty na to?
-No nie wiem. Powinnam posprzątać w...
-Opanuj się. Ten ćpun i tak nie zauważy twoich statań.
-Nie nazywaj go tak. On to zauważa tylko nie wspomina.
-Tak napewno tak jest. Ok idź spać. Do zobaczenia.

Po dwóch godzinach obudził mnie dzwonek telefonu.
-Halo?
-Sel gdzie jesteś?
To Justin. Wnioskuje po jego glosie ze jest zly.
-Ymm..na mieście. Zaraz będę w domu kochanie.
-Nie kłam. Powiedz gdzie jesteś.
-Mowie ze na miescie.
-Kurwa przestan klamac i mow.
-Emm..u Ashley.
Dlaczego nie chcialam mu powiedziec? Poniewaz on i Ashley się nienawidzą. Justin nie lubi jak u nien przebywam.
-Wiedziałem. Zbieraj sie jade tam
-Ale kotku nie musisz. Ja sama wroce.
-Jade tam.
Rozłączył sie. Trochę się bałam. On był nie obliczalny. Slyszalam ze byl wsciekly. Jest juz 12:01. Szybko zpielam wlosy, umylam twarz. Zdążyłam napisac tylko SMS do Ashley że z naszych planow nici. Kiedy pisałam ostatnie slowa ktos gwaltownie zaczął walić w drzwi. Justin. Schowałam telefon do kieszeni i glosno przelknełam ślinę.
-Hej skarbie.
-Chodź.
Zamknęłam szybko dom Ashley i weszłam do auta Justina.
-Emm..skończyłeś dziś wczesniej?
-Nie udawaj idiotki. Co robilas u tej zdziry?
-Justin to nie jest zdzira. Ona jest moją przyjaciółką. Musisz to uszanowac.
-Nic nie muszę.
Powiedział przez zęby, coraz mocniej zaciskając dłonie na kierownicy. Widziałam ze jest zdenerwowany. Skupiony wpatrywał się przed siebie.
Dojechaliśmy do naszego skromnego domku. Otworzył mi drzwi i kazał wysiąśc. Złapał mnke w tali i zaczął całować. Wiedziałam co się kroi i tego sie najbardziej bałam.
-Justin nie tutaj.
Po tych slowach oderwał sie ode mnie i odszedł. Weszlismy do domu. Nie chciałam się z nim kochać, więc chciałam uciec do łazienki ale nie udalo mi sie.
-Nie uciekaj.
-Nie mam ochoty.
-Ale ja mam.
Chwycil mnie za ręke i przyciągnął. Zaczął łapczywie całować. Nie potrafił być delikatny. Zaniósł mnie do sypialni. Jeździł po moim ciele od góry do dolu. Pozbyl sie ciuchow i wbił się zupełnie niedelikatnie. Chwilę to trwało. Po wszystkim opadł obok mnnie sapiąc cieżko. Wstałam i ubrałam się. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Czułam się jak po gwałcie. Dosłownie. On mnie zmuszał. Zmuszał do tego. Zerknęłam na zegarek. 13. Za pół godziny Lucy kończy więc powinnam pojechac po auto do Ashley.
-Justin? Podrzucisz mnie to Ashley zebym mogla zabrac auto?
-Nie chce mi sie.
-Proszę. Muszę odebrać Lucy za pół godziny.
-Ewentualnie cie podrzuce.
-Dziękuje.
Powiedziałam i poszłam do łazienki aby szybko się pomalować poniewaz u Ashlay nie zdążyłam sie przygotowac. Bylam lekko zla na Justina. Mam dosyć tego ze muszę robic to czego on chce.

HEY. MACIE TUTAJ IMAGINA O JELENIE. MAM NADZIEJE ZE SIE.SPOODOBA I BARDZO PROSZE O KOMENTARZE. BARDZO PROSZE. KOCHAM WAS. DO ZOBACZENIA!:*

środa, 25 czerwca 2014

Justin :)

-Przegrałeś! - krzyknął kumpel, kiedy przegrałem zakład. - Zapraszasz tą brzydule na bal. - powiedział ze śmiechem.
-Tak wiem, i co z tego? Pójdę z nią, a i tak pewnie będę tańczył z innymi. - powiedziałem z uśmieszkiem.
-Zobaczymy. Jeszcze zobaczymy. - krzykną, po czym skierował wzrok na wchodzącą do stołówki okularnicę. Taki tam kujon ze szkoły. Mam z nią matmę i ciągle się zgłasza, pisze sprawdziany na piątki itd. - Idziesz! - krzyknął mój kolega i wykazał mi drogę. Szedłem powoli do jej stolika. Siedziała sama. Nie widziała mnie.
-Heeej! - powiedziałem i przysunąłem się nieco bliżej. - Jak masz na imię piękna?
-Selena. - odparła cicho i spuściła głowę w dół
-Ślicznie! Ja jestem...
-Wiem kim jesteś. - powiedziała niepewnie.
-Skąd? - udawałem głupka. Przecież każdy mnie tutaj doskonale zna.
-Wszyscy wiedzą. Po co tutaj przyszedłeś?
-Żeby złożyć ci pewną propozycję ślicznotko. Wiesz...od niedawna się Tobie przyglądam i naprawdę wyglądasz na miłą, fajną dziewczynę, więc może poszłabyś ze mną na bal? Wiesz jako przyjaciele.
-Przyjaciele? - powtórzyła unosząc brwi w górę. - Nawet się nie znamy.
-To możemy poznać. - uśmiechnąłem się cwaniacko i przygryzłem wargę.
-Muszę iść. Pa. - nie zdążyłem nic powiedzieć, bo znikła z mojego pola widzenia. Wróciłem do stolika moich kumpli.
-I co? Udało Ci się? - zapytał jeden z nich.
-Nie. To jakaś świruska. Nie da się z nią gadać. - powiedziałem przygryzając frytkę.
-Wiesz, że Ci nie odpuszczę? - zapytał popijając napój.
-Wiem. Przecież nie odpuszczę. Jeszcze ją zaproszę. Zobaczysz. - w głowie miałem już dziwne myśli. A co jeżeli się nie zgodzi? Wyjdę na idiotę. Co ja mam zrobić? Nie mogę odpuścić. Jestem Bieber. Justin Bieber.
*RANO*
Sobota. W końcu! Mam plan jak zdobyć tą dziunię, tylko muszę działać szybko.
Wstałem i  zrobiłem to co zawszę robię rano. Ok. godziny trzynastej zacząłem działać.
Podjechałem pod jej dom. Fajna chata, tylko że...mała? Wszedłem po schodkach i zapukałem do nie za dużych drzwi. Przez chwilę czekałem, aż zobaczyłam Selene, w szybie która znajdowała się w drzwiach. Pomachałem jej a ona zrobiła tylko przerażoną minę.
-Co ty tutaj robisz? - zapytała wystraszona.
-Spokojnie. Chcę Cię tylko zaprosić na bal. To nic złego. - zaśmiałem się. Jestem całkiem dobry w te klocki.
-Przestań. Wiem, że coś kręcisz. Nie pójdę z Tobą nigdzie. - chciała się odwrócić, ale chwyciłem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. - Przestań. - powiedziała spokojnym, ale uniesionym tonem.
-Jeśli ze mną pójdziesz. - szepnąłem jej do ucha na co ona drgnęła. 
-Nie. - powiedziała stanowczo.
-No to Cię nie puszczę. - zgasiłem ją szantażem.
-Puść! - zaczęła się wyrywać, ale na nic. - Dobrze. Pójdę z Tobą, ale idź już sobie. - powiedziała, a ja puściłem jej rękę. Ona tylko zaczęła ją masować.
-To mi się podoba. - uśmiechnąłem się. - Będę o osiemnastej w sobotę. - po tych słowach odwróciłem się zadowolony i usłyszałem jedynie trzask drzwi.
Wróciłem i napisałem SMS do kumpli, że się udało. Dumny z siebie poszedłem się obijać. Reszta dnia minęła szybko.
*PONIEDZIAŁEK*
Wszyscy wariują na punkcie tego głupiego balu. Ja to olewam. Przez cały dzień tylko podrywam Selenę, żeby się nie rozmyśliła. Ona jednak mnie unikała.
~~
Cały tydzień minął bardzo szybko. Zanim się obróciłem była już sobota. Było około czternastej. W sumie to nie szykowałem się za bardzo na bal, więc znowu robiłem co mi się żywnie podoba. O godzinie siedemnastej trzydzieści ubrałem się i przeczesałem włosy. Po 1o minutach wsiadłem do auta i ruszyłem po Selenę. Mam nadzieję, że nie zrobi mi wiochy i ubierze się przyzwoicie.
Zapukałem i czekałem chwiejąc się lekko z nogi na nogę. Po chwili drzwi otworzyła mi jakaś dziewczyna. Pięknie ubrana, ślicznie umalowana. Dostrzegłem, że to Selena. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w sukience. Zawsze chodziła w spodniach i swetrach. Ma takie piękne nogi.
Uśmiechnęła się lekko i spuściła głowę.
-Ymmm...Ślicznie wyglądasz. - Tym razem nie kłamałem. Bez okularów i w rozpuszczonych włosach  jest bardzo ładna.
-Dziękuje. To co idziemy? Zaraz się spóźnimy. - Spojrzała na zegarek z wielkim skupieniem. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
-Yyy..Tak! Jasne! Pewnie. - Podszedłem do auta i otworzyłem jej drzwi. Ta usiadła i podziękowała.
Jechaliśmy w ciszy. Ona pachniała słodką perfumą, która pomieszała się wraz z moją.
Dojechaliśmy. Otworzyłem jej drzwi i weszliśmy do szkoły. Inni nie mogli oderwać od nas wzroku.
Ona siadła przy stoliku a ja poleciałem po poncz. 
-Ej stary! Co to za laska? Miałeś przyjść z Selenką. - usłyszałem głos mojego znajomego.
-To jest ona. Weź się nie wydurniaj. Jest śliczna. - powiedziałem popijając słodki napój.
-Mhm...Ale ciężko mi uwierzyć! Czuję się jakbyś wygrał zakład. - powiedział.
-Jaki zakład? - zapytała Selena stojąc za moim przyjacielem. - Hmm?
-Chodź. - powiedziałem chwytając ją za rękę i wyprowadzając ją z pomieszczenia. Kiedy byliśmy na zewnątrz zacząłem.  - Bo założyłem się z kolegami, że pójdę z Tobą na bal.
-Wiedziałam. - powiedziała robiąc złą minę i zakładając ręce na piersi. - Mogłam się tego po tobie spodziewać! Jak mogłam dać się nabrać?
-Ale poczekaj. To nie tak. Bo ja Cię naprawdę lubię. Wcześniej faktycznie myślałem o Tobie jak o zwykłej kujące. Która nic nie robi tylko się uczy i uczy. Ale teraz widzę, że pod tymi brzydkimi okularami kryją się piękne oczy. I pod tymi ohydnymi spodniami w kratkę, kryją się piękne nogi. Przepraszam, że wcześniej tego nie zauważyłem, wiem jestem idiotą, ale proszę wróć ze mną i zatańcz bo to jest moje marzenie.
-Twoim marzeniem jest to, żeby mną poszpanować tak? Teraz jestem ładna więc musisz się pochwalić.
-Ty zawsze jesteś ładna. ok. Jeśli nie chcesz, to nie musisz tam wracać. Ale chcę Cię przeprosić, ze nie dostrzegłem wcześniej tego piękna. - po tych słowach to ja poczułem się zawstydzony. Po raz pierwszy od podstawówki czułem się winny.
-Justin...ja nie wiem co mam zrobić. Czuję się rozdarta.
-Mogę zaprowadzić Cię do domu jeśli chcesz. - powiedziałem niechętnie bo chciałem z nią zatańczyć. I nie dlatego, że chciałem się pochwalić. Tylko dlatego, że chciałem jej to jakoś wynagrodzić. Chciałem jej poczuć, przytulić.
-Nie wiem. Bo w sumie jeszcze napiłabym się ponczu.  -uśmiechnęła się cwaniacko po czym zrobiła krok do przodu. - Może byś mi przyniósł? W końcu mnie tutaj zaprosiłeś. Pod przymusem ale jednak.
-Nie żałuję. - powiedziałem i specyficznym gestem zaprosiłem ją do środka.
Udało mi się ją zaciągnąć na parkiet. Nie patrzyłem czy ktoś się śmieje, czy zazdrości. Byłem szczęśliwy, że mogę powiedzieć jej, że cieszę się, że to właśnie z nią tutaj przyszedłem.
Po chwili spojrzałem w jej piękne, brązowe oczy. Lekko się przechyliłem i połączyłem nasze usta. Ona tylko się uśmiechnęła i przytuliła do mnie kołysząc się w rytm piosenki. Byłem tak bardzo szczęśliwy jak nigdy.
*MIESIĄC PÓŹNIEJ*
Od balu minął miesiąc. Selena jest teraz ze mną. Troszkę zmieniłem jej styl, bo przeginała z tymi spodniami w kratkę, ale w sumie w nich też wyglądała sexy. Teraz nosi rurki. Jesteśmy szczęśliwą parą, a ja też się troszkę zmieniłem. Teraz już nie zakładam się o dziewczyny, bo mam najlepszą dziewczynę na świecie.
-------------------------------------------------------------------------------------
hey! witajcie w nowym imaginie o Justinku i Selenie <3
mam nadzieję, ze się wam spodoba :)
pamiętajcie że -----------------> czytasz=komentujesz!
  Także kc miśki <3333

piątek, 20 czerwca 2014

Nicki Minaj!

Święta! W końcu. Tak długo o nich marzyłam. Odpoczynek od pracy. Dzień całkowicie spędzony z rodziną. Jestem taka zadowolona.
Podeszłam do szafki, aby wyciągnąć kolekcje talerzy mojej mamy. Wyciąga je tylko na specjalną okazję. Powoli zaniosłam je na stół i rozłożyłam. Mama pewnie wydzierałaby się gdyby coś im się stało. Przygotowywaliśmy różne potrawy. O tym marzyłam przez cały rok. W końcu w całym domu rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Ja szybkim krokiem wparowałam do przedpokoju i otworzyłam. Taaak! Ciocia Olivia! Za nią najbardziej tęskniłam. Gdy byłam mała ona zawsze się mną zajmowała.
-Hey! - rzuciłam się jej w ramiona.
-No cześć Nicki! Jak się masz? Dawno się nie widziałyśmy...
-No tak to prawda. Jak się mam? Dobrze, a nawet bardzo dobrze! A Ty? Jak tam u Ciebie?
-Hmm...Po staremu. Wiesz wujek ciągle się obija. - wskazała wzrokiem na wujka stojącego za nią. On tylko przewrócił oczami a ona popadła w lawinę śmiechu. - Ale oprócz tego jest całkiem nieźle.
-To świetnie. Chodźcie do kuchni i salonu.
Weszliśmy szybkim krokiem do salonu a tam czekały na nas same pyszności!
*1h później*
Czas na prezenty! Rozpakowałam swój i co ujrzałam? Piękną sukienkę, oraz kosmetyki. Tak! W końcu! Ja dawałam prezent mamie i cioci. Dałam im dużo kosmetyków i innych różnych bzdur.
-Ok kochani muszę coś ogłosić! A więc jestem w ciąży! - powiedziałam dumna z siebie.
-To gratulacje! - odpowiedziała ciocia, a wszyscy zaczęli bić brawo!
*2h później*
Byłam już lekko senna, a wujek zanudzał mnie opowieściami z Narnii. Oczy same mi się zamykały. Jak widząc on tego nie zauważył, albo mu to nie przeszkadzało bo nawijał jak katarynka. Bez przerwy. A może mi się tylko wydawało? W końcu byłam taka śpiąca, ze chyba byłam w półśnie.
Wreszcie przestał. Była cisza i spokój. Położyłam się na kanapie. Mama z ciocią rozmawiały w kuchni, a wujek coś pożerał! Zasnęłam. Obudziłam się rano i ujrzałam jeszcze kurtkę cioci i buty wujka. Ucieszona poszłam posprzątać po wczorajszym. Tak! To zdecydowanie był najlepszy dzień w roku!

Rihanna

Leżałam zapłakana po moim ostatnim koncercie. Byłam szczęśliwa, ale z drugiej strony też smutna. Zostawiam fanów już na zawsze, ale to też lepiej dla mnie. 
Leżałam, słuchając muzyki.
Leżałam spoglądając w sufit.
Leżałam marząc o tym co przeżyłam.
Leżałam wspominając ostatni występ....
Tłumy krzyczały. Na scenie walały się różnego rodzaju bielizna. Kwiaty. Tłumy patrzały w moje oczy. Byłam tak bardzo szczęśliwa. Łzy szczęścia i rozpaczy. Oni też płakali. W końcu byli częścią mnie. Bez nich nie istniałam. Śpiewali moje piosenki. Byłam dumna z tego, że tak dużo wspaniałych chwil z nimi przeżyłam. Rzucając w nich płatkami kwiatów. Byłam tak bardzo zachwycona. Tym co dla mnie robili.

Zeszłam ze sceny. Płakałam. Było tam tak dużo ludzi którzy płakali wraz ze mną. To było wspaniałe uczucie!
Przetarłam oczy. Wzięłam głęboki wdech! Przecież to nie musi być koniec. To że mój głos uległ zmianie nie znaczy, że nie mogę robić czegoś innego w kierunku mojej sławy.
Wstałam i poszłam się przebrać. 

*Pare miesięcy później*
Mój dom też nieco się zmienił. Zmieniłam styl. Byłam przekonana, że tamten już do mnie nie pasuje. Teraz zamiast czerwonego wystroju górował kremowy i brąz.
Usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam i ujrzałam mojego męża z małą Carry na rączkach. Odebrał ją z przedszkola. Bardzo się cieszę, że mnie wyręcza. 
-Hej skarbie! - przywitał się i cmoknął mnie w policzek.
-Hej! - wyciągnęłam ręce po małą. Ostrożnie mi ją oddał i poszedł do kuchni. - Carry? Byłaś grzeczna? - zapytałam ze śmiechem. Mała tylko skinęła główką i zaczęła mi się wyrywać, abym puściła ją na ziemię. Poszłam w ślady mojego kochanka i weszłam do kuchni. Ten jak zwykle siedział z głową w lodówce. Na stole zobaczyłam gazetę. Byłam tam. Ale ja już dawno skończyłam karierę. Otworzyłam i ujrzałam napis:
                                                        Rihanna - królowa stylu!
Może i Riri skończyła ze śpiewem, ale na pewno nie skończyła z dobrym stylem. Poniższe zdjęcia na dowód. 

To zdjęcie jest dowodem, ze Riri to nasza królowa stylu. 

Zobaczywszy to zdjęcie zaczęłam się uśmiechać. Zostało zrobione już dawno, ale cieszę się, że nadal o mnie piszą. Rzuciłam gazetę w drugi kąt i poszłam do salonu. Carry bawiła się, a mój mężuś zrobił nam zapiekankę. Od teraz prowadzę normalne życie. 

---------------------------------------
heyo! oto imagin z Rih <3 Fajny??
A jak Wam mija dzień? Dzisiaj miałam urodziny, więc troszkę mógł mi nie wyjść, ale mam nadzieję, ze nie jest zły <3 
good bye! 


czwartek, 19 czerwca 2014

Ariana cz. 3 -ostatnia :(

Moja ciocia leżała poprzypinana do różnych kabelków, miała bandaż na głowie i połamane nogi. To było straszne. Przez chwilę stałam bez ruchu wpatrując się w Anitę. Po pewnym czasie ruszyłam w jej stronę. Czułam się dziwnie. Wcześniej nie miałam bliższych kontaktów z ciotkami. Nie wiedziałam co powiedzieć, więc z odrobiną krępacji w głosie zapytałam.
-Jak się czujesz?
-Dobrze. - wyszeptała. Słyszałam że nie ma siły nic mówić.
-Mogę wiedzieć co się w ogóle stało? Co wyście narobiły?
-Proszę nie krzycz. To nie tak. - westchnęła. - To Rose prowadziła. Ja nie chciałam.
-Najlepiej zwalić wszystko na zmarłego. Jak ci nie wstyd? Przecież ty mogłaś zginąć tak samo jak Rose. A co ze mną? Co ja teraz zrobię? Wiesz, ze będę musiała mieszkać z rodziną zastępczą? A jak to będą jakieś świry? Co ja mam teraz zrobić? Czy wy w ogóle pomyślałyście o mnie?
-Przepraszam. Ja nie wiedziałam. Ale jak to w rodzinie zastępczej? Przecież żyje. - odparła a ja usiadłam na krześle obok łóżka.
-Lekarz i policja tak mówili. Powiedzieli, że nie wiadomo co się może z tobą stać i muszę mieszkać z tą głupią rodziną.- odwróciłam głowę w bok. - Z reszta i tak się mną nie zajmowałyście. - zapadłą cisza. Irytująca cisza. Spojrzałam na nią kątem oka, ale wszystko było w porządku. - Muszę już iść. Cześć. - Nie usłyszałam odpowiedzi. Co za baba! Najpierw ma mnie gdzieś, później jeździ pijana i zabija wszystkich tylko nie siebie a teraz się obraża? Z jednej strony to dobrze że w końcu się uwolnię od tej wariatki, ale z drugiej jeśli trafie na gorszych idiotów? Nie wiem co mam o tym myśleć.
Wyszłam na korytarz. Zobaczyłam tam Liz i jej tatę, siedzących z opuszczonymi głowami. Podeszłam do nich i stanęłam na przeciwko nich.
-I co? - zapytała Liz a jej tata przeszywał mnie wzrokiem co było trochę krępujące.
-Nic. Ma połamane nogi i jest w ogóle cała połamana. Może w każdej chwili umrzeć. A najgorsze że teraz będę musiała mieszkać z jakimiś ludźmi których kompletnie nie znam. - powiedziałam ze łzami, ale powstrzymałam się od płaczu.  Liz mnie przytuliła. Jej tata odwiózł mnie do domu. Tam musiałam sobie wszystko poukładać.
*Parę dni później*
 Jestem już spakowana, a za parę minut jadę do mojej nowej rodziny. Czy jestem szczęśliwa? Nie! Ale nie mam innego wyboru. Wzięłam potrzebne rzeczy, pożegnałam się z Liz i jej rodzicami, a następnie wyjechałam do Doncaster. To kawał drogi stąd. Jakaś godzina. Ale to nie kłopot. Będę się widywać z przyjaciółmi i ciotką. Jak w ogóle przeżyje. Jej stan się polepsza, więc myślę, że będzie dobrze.
*1h później*
Podjechaliśmy pod wielki biały dom z ogrodem i prześlicznym tarasem z widoczkiem. Przez chwilę zastanawiałam się, czy tutaj przypadkiem nie mieszka jeszcze z dziesięć innych dzieci, ale z tego co mi mówiono mieszkają tutaj trzy osoby. Pani Evans i jej mąż Pan Evans, oraz ich syn, szesnastoletni Drake Evans. Bałam się, że mogą być dla mnie niemili tak samo jak ciotki, ale gdyby tak było, to pewnie nie byliby rodziną zastępczą.
Wysiadłam powolnie z auta. Moje walizki też zostały wyciągnięte. Powolnym krokiem ruszyłam do drzwi, za mną kroczyła pani z opieki. Zapukałam i jedyne co mi pozostało to czekać, aż ktoś otworzy.
Po chwili drzwi się otworzyły, a mnie przeszedł dziwny dreszcz. Motylki w brzuchu zaczęły się nasilać. Chciałam uciec, ale wiedziałam, że to nic nie da. Ukazała mi się kobieta, w ciemnych spodniach, zwężanych przy nogawkach, w białej bluzce z koronką oraz genialnie ułożonych, krótkich włosach do szyi. Z uśmiechem na ustach zaprosiła nas do środka. Ściągnęłam buty oraz kurtkę i powędrowałam na wskazane mi miejsce. Do salonu. Weszłam niepewnie. Tam czekało na mnie dwóch facetów. Jeden to Pan Evans a drugi to jego syn. Obaj wstali i zaczęli iść ku mnie wyciągając ręce i przyjaźnie się uśmiechając. Podałam im rękę i lekko się uśmiechnęłam. Przedstawiliśmy się sobie. Wydają się fajni. W sumie to byłam nawet pewna siebie ale tylko do czasu, bo kiedy pani z opieki zamknęła za sobą drzwi zaczęłam panikować. Byłam przerażona. Sama nie wiem dlaczego. Po krótkim czasie trochę mi przeszło. Pani Anna. - bo tak miała na imię moja nowa macocha. -  Zaprowadziła mnie do mojego nowego pokoju. Był prześliczny. Biała kanapa, telewizja i laptop! To muszą być bardzo bogaci ludzie. To było widać na pierwszy rzut oka.. W moim dawnym pokoju, była tylko szafa, komoda i lustro. A co gorsza dzieliłam łazienkę z tymi świniami. Czułam się tam jak w chlewie. Tutaj jest bardzo przyjemnie. Czysto, schludnie. Zawsze marzyłam o takim pokoju.
*Parę minut później*
Siedziałam na kanapie, jeszcze trochę zadziwiona całym zdarzaniem. To dla mnie nowość.  Usłyszawszy pukanie do drzwi zawołałam dość słyszalnie ,,Proszę!" . W drzwiach zobaczyłam Drake'e (czyt.Drejka).
-Ymm...Hej.- powiedział stojąc w drzwiach.
-Hej. Siadaj. - posłałam mu uśmiech. Chłopak go odwzajemnił i usiadł na kanapie.
-To ten...Ile masz lat? Znaczy wiem ile ale pytam. - spuścił głowę w dół na co ja zaczęłam się śmiać.
-Skoro wiesz to po co pytasz? - troszkę go zgasiłam, na co on uniósł głowę i się uśmiechną.
-Mama kazała mi tu przyjść i się poznać. - Ah no tak. A czego ja się spodziewałam.
-Aha. No więc co chcesz widzieć? - nie owijajmy w bawełnę.
-Wszystko. Jesteś moją siostrą. - Uśmiech nie schodził nam z twarzy. Siedzieliśmy tak ze dwie godziny poznając się. Dowiedziałam się co lubi robić, jakie są jego zainteresowania i co najważniejsze jakie zwyczaje panują u niego w domu. Bo w końcu muszę to wiedzieć, żeby nie zrobić nic głupiego. Później trochę opowiedziałam o sobie i tak upłynęły nam dwie godziny
*Parę lat później*
Mam już normalny dom, rodzinę i szczęście. Mam niesamowitego chłopaka i co najlepsze dostałam się na kasting do programu telewizyjnego ,,Sam i Cat". Jestem bardzo szczęśliwa.
Mój kontakt z ciotką się urwał. Wiem tylko, że żyje i że chyba się ogarnęła. Niech sobie teraz spokojnie żyje, a ja nie będę jej przeszkadzać. Co do Liz. Czasem się widujemy, piszemy. Teraz kiedy jestem już pełnoletnia, razem z Liz mamy zamiar razem zamieszkać. Ona przeprowadzi się tutaj, do mojego domu. Niestety z innymi moimi znajomymi też nie mam już kontaktu, ale jakoś nie rozpaczam. Tutaj poznałam fajnych ludzi w szkole i nie tylko. Co do moich rodziców. Ten dom jest tak duży, że zgodzili się pomieścić jeszcze Liz. W końcu tworzymy normalną rodzinę.
Witajcie!
Jak Wam się podoba ostatnia część Ariany? Mam nadzieję, ze chociaż troszkę!
Zapraszam Was też na inne imaginy.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ.
jEŚLI BĘDĄ 3 KOMENTARZE DODAM NOWĄ CZĘŚĆ O CARZE!  

sobota, 14 czerwca 2014

Ariana cz. 2

Rano obudził mnie budzik. Z resztą jak zawsze.Przetarłam oczy i podeszłam do lustra. Zobaczyłam tam potwora. Moje rude włosy porozwalane były na wszystkie możliwe strony, a mój makijaż którego wczoraj nie zmyłam był tak rozmazany że aż zrobiłam krok do tyłu. Lekko się chwiejąc poszłam do toalety.Po wykonaniu potrzebnych czynności,  poszłam do kuchni coś zjeść. Od wieczora nic nie jadłam. Weszłam niepewnym krokiem do pomieszczenia ale nikogo nie dostrzegłam. Zjadłam tosty, popijając herbatą i weszłam do salonu. Nic. Pusto. Ciekawe gdzie się znowu szwendają te baby. Wyszłam na taras, ale tam też było pusto. Pomyślałam, że pewnie były na imprezie i teraz śpią w jakiś klubach czy domach swoich nowych facetów. Włączyłam TV i zaczęłam coś oglądać. Po paru minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Dziwne ponieważ ciotki raczej wchodzą pewnym krokiem. Może są jeszcze pijane? Otworzyłam drzwi a tam ukazali się dwaj policjanci. Stanęłam bez ruchu i byłam ciekawa co te idiotki znowu narobiły?
-Dzień dobry. Ariana Grande? - zapytał jeden z policjantów.
-Tak. - odpowiedziałam krótko.
-Musisz pojechać z nami. Okazało się, ze twoje ciocie miały wypadek. Jechały pijane autem. Jedna nie żyje, a druga jest w bardzo ciężkim stanie. Proszę z nami. - ŻE CO? Ja wiedziałam, że one coś narobią, ale żeby aż tak narozrabiać? Byłam cała roztrzęsiona, nic do mnie nie docierało. Wiedziałam że teraz będę miała jeszcze gorzej niż wcześniej. One dawały mi pieniądze a teraz? Z resztą jedna nie żyje. Która? Nie wieże w to.
Posłusznie udałam się do radiowozu nic nie mówiąc. Bałam się odpowiedzi. Weszliśmy na komisariat.  Zaczęli zadawać mi zupełnie niepotrzebne dla ich informacji pytania. Na niektóre z nich nawet ja nie znałam odpowiedzi. Byłam tak bardzo zdenerwowana. Moje ręce trzęsły się jak nie wiem co.
Po dwóch godzinach skończyliśmy. Powiedzieli mi że jechali z nimi jacyś faceci, którzy zginęli na miejscu. Dowiedziałam się też, że Rose nie żyje, a Anita jest w szpitalu. Jest mi smutno, ponieważ w jakiejś cząsteczce mojego ciała były dla mnie ważne. Były moją rodziną. Nie wiem jak to dalej będzie. Nie pozwolona mi na razie zobaczyć cioci. Nie ukrywam że nie chce jej widzieć, ale muszę. Nie mogę jej tak zostawić.
Siedzę na tym szpitalnym korytarzu już z 3 godziny. Nie wiem kiedy mnie wpuszczą do Anity, ale wiem, że zaraz umrę z gorąca. Czy oni tutaj nie mają klimy? Miałam dosyć. Zanudzona i zmęczona ze spuszczoną głową siedziałam na krześle. Nic innego mi nie pozostało. Tylko czekać. Postanowiłam, że muszę zawiadomić Liz. Musi wiedzieć.
-Halo? - zapytałam drżącym głosem.
-Halo? Ari? Co się stało? Dlaczego masz taki głos? - Słychać było, że jest zaniepokojona.
-Muszę ci coś powiedzieć. Moja ciocia Rose...wiesz która. Ona nie żyje. Anita jest w ciężkim stanie. Jechały pijane autem i miały wypadek. Zabiły jeszcze dwóch facetów, którzy też z nimi jechali. Nie wiem co teraz będzie. - Liz nic nie odpowiedziała. - Liz? Słyszysz? Liz?
-Tak słyszę....Nie wiem co powiedzieć. Przykro mi. Jezu aż mnie zatkało.
-Nic nie musisz mówić. Mnie też na początku zatkało. Nie wiem co mam zrobić. Nie wiem jak to wszystko będzie.  - Rozpłakałam się do słuchawki. Już nie mam siły.
-Uspokój się Ariana! Wszystko się ułoży. Poczekaj zaraz tam będę. - Nawet się nie pożegnała, tylko szybkim krokiem się rozłączyła. Ja czekałam. Czekałam i czekałam, aż w końcu przyszła policja.
-Ariana Grande? - pytali już o to. Co za ludzie? Skleroza?
-Pytał pan już o to. Tak.
-Musimy porozmawiać.
-Teraz? - powiedziałam zażenowana. Nie miałam siły im nic tłumaczyć. - Męczyliście mnie przez dwie godziny. Dajcie już spokój.
-Teraz chodzi o Ciebie. Nie masz ukończonych osiemnastu lat. Masz piętnaście tak?
-Tak.
-Do ukończenia osiemnastu lat będziesz musiała przebywać z rodziną zastępczą. Wiem, że to nie jest łatwe, bo każde dziecko musi się przyzwyczaić, ale dasz radę. - powiedział ze sztucznym uśmiechem na ustach. Miałam ochotę mu przywalić. Co mam do stracenia?
-Ale jak to? Anita żyje. - powiedziała z lekką nutką przekonania w głosie.
-Tak, ale jej stan się pogarsza. Niestety może w każdej chwili umrzeć. Nie możemy ryzykować. - powiedział po czym wstał. - Idę teraz do lekarza, dowiedzieć się czegoś więcej. Ty tutaj poczekaj, a jak wrócę to przekaże ci potrzebne informacje. - Po tych słowach zniknął w tłumie ludzi przechodzących przez korytarz. Skuliłam się na krześle i schowałam twarz w dłoniach. Po paru minutach poczułam czyjąś rękę na karku. Odwróciłam głowę i ujrzałam Liz. Przytuliła mnie najmocniej jak umiała.
-Jak tu przyjechałaś? - zapytałam.
-Tata mnie przywiózł. A ty?
-Z policją. - zaśmiała się cicho po czym oderwała się ode mnie i powiedziała. - Co z Anitą? Jak się czuje?
-Nic nie wiem. Nic mi nie powiedziano. Policja mi przekazała, ze muszę iść do rodziny zastępczej póki nie ukończę osiemnastu lat.Nie wiem co ze mną będzie.
-Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
Siedziałam z nią na korytarzu jeszcze przez godzinę, aż w końcu swoją obecnością uraczył nas lekarz.
-Pani Ariana Grande? Pańska ciocia się wybudziła. Proszę za mną. - szłam wolno za doktorem. W końcu stanęłam przed salą numer siedemnaście. Otworzyłam niechętnie drzwi, ale to co zobaczyłam przyprawiło mnie o dreszcze...
CDN!
------------------------------------
Witam wszystkich. Oto kolejna część imagina o Arianie <3 Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Myślałam nad nim sporo czasu :) 
Za niedługo wakacje, więc....KTO SIĘ CIESZY? Ja się baaaaardzo cieszę <3 w końcu będzie luz :)
Przypominam Wam o zasadzie --------------------> CZYTASZ = KOMENTUJESZ <3
JEŚLI NIE MACIE MOŻLIWOŚCI SKOMENTOWANIA, TO ZAPRASZAM NA MOJEGO ASKA:     http://ask.fm/GwiazdyZabawy TAM MOŻECIE PISAĆ SWOJE OPINIE NA TEMAT TEGO BLOGA :)
Pozdrawiam Was serdecznie :*

czwartek, 12 czerwca 2014

Ariana Grande cz.1

część pierwsza :)

Drogi pamiętniku!

Wiem, że to nie ma sensu. Że to co piszę tutaj wiem tylko ja. Ale...nie mam już siły do tego wszystkiego. Złe oceny, brak rodziców, kłótnie z ciotkami. Mam dosyć. Nie wiem co mam już robić. To wszy...

Usłyszałam właśnie kroki mojej  ciotki. Szybkim ruchem zamknęłam pamiętnik i rzuciłam go pod pościel.
-A ty co tutaj jeszcze robisz? Czy ja przypadkiem nie kazałam ci posprzątać? Ciągle się obijasz, źle uczysz a na dodatek nikt cie nie lubi! Marsz sprzątać kuchnie rudzielcu bo zobaczysz! - Nie wiem dlaczego ona mnie tak nienawidzi. To siostra mojej mamy. Moja mama..No tak. Nie żyje tak samo jak mój tata.  Wypadki chodzą po ludziach. Było mi ciężko się z tym pogodzić, ale muszę z tym żyć. Z resztą...nie mam wyjścia. Posłusznie pobiegłam do kuchni by ją jak najszybciej wyczyścić, ale to co zobaczyłam zaparło mój dech w piersiach. Moja ciotka Anita obściskiwała się na blacie z jakimś wytatuowanym facetem. Tak mam dwie ciotki. Jedna pewnie sobie śpi a druga ma bujną wyobraźnię co do swoich mężczyzn. - Co tu tu robisz? Wynocha! Poszła już cie nie ma. Co za dziecko no już!- wskazała palcem na drzwi. Wyszłam ponieważ nie chciałam niepotrzebnych kłótni. Wróciłam do pokoju, ale nie było co robić. Najpierw trochę uporządkowałam biurko, ale niestety lubiłam sprzątać i nie było na nim zbyt dużego bałaganu. Z nudów poszłam umyć włosy. Zawsze to robię kiedy się nudzę. Wychodząc z łazienki, która znajduje się w moim pokoju, nadepnęłam na coś gumowego. Spojrzałam w dół i zobaczyłam jakąś gumową zabawkę. Podniosłam ją i odłożyłam na półkę. Nie byłam głodna więc poszłam spać. 
*Rano*
Sobota. Lato. Za niedługo wakacje. Wymarzony czas. Cóż mi więcej potrzeba? Przekręcając się na drugi bok, do moich oczu dostały się jasne promyczki słońca prześwitujące przez nie do końca zasłonięte żaluzję.  Lekko się przeciągnęłam. Pod stopą poczułam przyjemne futerko. Było takie puszyste i delikatne. Chwilę jeździłam po nim moją nogą, ale w końcu postanowiłam sprawdzić co się kryje pod moimi stopami. Zobaczyłam tam słodko śpiącego....KOTA? Przecież ja jestem uczulona na koty. To sprawka ciotek. Zrobiły mi to nazłość.  Gdybym tylko mogła w jakiś sposób odegrać się na tych jędzach. Nic nie zrobię. Muszę go wywalić z mojego pokoju. Powoli wstałam i niezgrabnie ruszyłam w stronę drzwi wołając szkodnika. Nie chciał ruszyć zadka z mojego łóżka, więc zabrałam zabawkę którą wcześniej znalazłam na ziemi i rzuciłam nią za drzwi. Kot zerwał się jak oparzony i wybiegł, a ja zatrzasnęłam za nim drzwi. Mam dosyć ich głupich żartów. Muszę spotkać się z przyjaciółmi. Możę w ten sposób uda mi się uniknąć tych bab.
Sięgnęłam po telefon i wybiłam numer mojej przyjaciółki. -Hej Liz. - Przywitałam się.
-No cześć! Co tak wcześnie dzwonisz? Jest dopiero 8:03. - Zapytała ziewając mi wprost do słuchawki.
-Wiesz...ciotki znowu zrobiły mi psikusa. Podłożyły mi kota pod nogi. 
-Hmmm...Zaraz? To co zrobiły. - Liz i jej zapłon.
-Podłozyły mi kota pod nogi. - powtórzyłam, ale do Liz jakby nie  docierało.
-Wiem wiem, ale co dokładnie? - Pytała zaspanym głosem.
-No przecież ci mówię! Kiedy spałam, one włożyły mi pod pościel kota i rano miałam atak kichania. Zrobiły to specjalnie. Wiem to.
-Aaaa..Takiego kota.- Chwila przerwy. -  Chcesz się spotkać? Możemy dzisiaj się już obijać. Za tydzień koniec roku.  To co? Kawa, lody, kino czy coś jeszcze innego? - Normalnie wybrałabym kino, ale jest tak ciepło, że nie wiem czy w ogóle będą puszczać jakieś filmy.
-Lody? A później park i  zaprośmy jeszzce kogoś. Co ty na to? - zapytałam.
-Spoko. Zaraz do kogoś zadzwonię. O której? 
-Myślę, że około 12:00?
-Mi pasuję. Przyjdę po ciebie. Cześć. - rozłączyła się.  Wygramoliłam się z łóżka po raz drugi i chwiejąc się na nogach poszłam do łazienki wykonać poranne czynności. Później zeszłam do kuchni. Moich 'wrogów' nareszcie już nie ma. Są w pracy i oby z niej nie wracały. Nie miałam nic ciekawego do roboty więc postanowiłam dokończyć wpis w pamiętniku.

To wszystko jest tak bardzo skomplikowane. Mam ogromną nadzieję na lepsze jutro, ale czy warto? Wiem, że nie ma większego sensu użalać się nad sobą, ale moich problemów jest coraz więcej. Myślę że wyjdę z tego żywa. 

                                                                                             Ariana xoxo.

*11:38*
Zaraz przyjdzie Liz. Muszę się przygotować. Poszłam się przebrać, pomalować i uczesać. Po 15 minutach byłam gotowa. Zeszłam do salonu i usłyszawszy dzwonek do drzwi poszłam otworzyć. 

*Wieczorem*
Świetnie się bawiłam, razem z moimi przyjaciółmi. Oni potrafią podnieść mnie na duchu. Na szczęście ciotki nie interesowały się za bardzo gdzie byłam, więc miałam jeden problem z głowy. Muszę się położyć, bo jestem padnięta.







--------------------------------------------------

Witam Was misie <3

Oto nowa część tym razem o Arianie <3 Mam nadzieję że się wam spodoba :)