czwartek, 14 sierpnia 2014

Demi

-Demi ma depresje.
Stwierdziła pani psycholog.
-Nie mam depresji. Mamo?
-Pani mowi ze masz to masz.
-Ale...
-Żadne 'ale'.
-Nie mam depresji.
-Prosze mi powiedziec Panno Lovato, kiedy czujesz sie najgorzej? O jakiej porze dnia?
-Rano.
-To oznaka depresji. Czy czujesz niepokój? Jesteś niespokojna?
-Nie.
-Tak.
Wtrąciła się mama.
-Następna objawa depresji. Czy codzienność Cię nuży?
-Nie.
-Nuży ją. Już nie cieszą jej rzeczy ktore kiedys ją cieszyły.
Znowu mama sie wtrąciła.
-Moze dlatego ze wydoroślałam i nie cieszy mnie zabawa lalkami.
-Ehh..nie o to chodzi.  Czy moze nam pani cos poradzic?
-Cóż...w tym przypadku farmakoterapia jest nie zbędna. Przepisze ci leki na uspokojenie, poniewaz mama mowiła ze jestes niespokojna i pożera cię stres. W twoim przypadku nie  jest konieczne inne leczenie. A mam do ciebie jeszcze jedno wazne pytanie. Opowiedz mi o twoich bliznach na nadgarstkach.
-Więc...to zaczęło się jakieś...pięć lat temu. Miałam 13 lat. Moje pierwsze problemy były związane ze szkołą. Nie byłam akceptowana przez rówieśnikow. Często przez to płakałam. Pózniej dochodzily codzienne problemy typu kłótnia z rodzicami czy  kompleksy. Pewnego dnia jeden z moich znajomych dokuczał mi bardzo w szkole. Kiedy wrociłam do domu długo zastanawiałam się czy się pociąć i doszłam do wniosku że to nie jest najlepszy pomysł ale kiedy zaczęłam się powoli przełamywać i ciąć się, uznałam że robiąc to nie skupiam się na bólu wewnętrznym tylko na zewnętrznym. To tak jakby odrywało mnie od rzeczywistosci. Czulam tylko to. Uznawałam ze to mi pomaga. Najpierw zrobilam to raz, drugi, trzeci. Pozniej juz regularnie. Rano i wieczorem. Moja podswiadomosc byla na to przygotowana wiec cieszylam sie ze nadszedl czas sięgnięcia po nóż i odstersowania sie.  Przez rok robilam to dwa razy dziennie. Na nogach, rękach i wszędzie gdzie bylo miejsce. Pewnego dnia mama to zobaczyla i zrobila mi awanture. Po klotni pocielam sie tak bardzo ze wylądowałam w szpitalu. Pozniej powoli przestawałam to robic. Az mama uznala ze mam depresje i jestem.
-Interesujące. A czy żałujesz?
-Teraz bardzo. Jestem cala w bliznach. To brzydko wygląda. Nie moge sie rozebrac na plazy czy nawer ubrac krotkich spodenek czy bluzki na ramiączkach.
-Tak. Wiem. Dobrze w takim razie macie tutaj recepte i widzimy sie za tydzien o tej samej porze. Do zobaczenia Demi.
-Do widzenia.

                JEZELI SIE TNIESZ TO PRZESTAN I POROZMAWIAJ Z KIMS BLISKIM. TO LEPSZE NIZ NISZCZENIE SAMEJ SIEBIE!!!

---------
Hej. Przepraszam ze taki krotki ale nie mam weny. Imaginy mozna zamawiac na asku @GwiazdyZabawy
Do zobaczenia :D

środa, 13 sierpnia 2014

Jelena-smutna

Pewnego dnia wstałam bardzo radosna. Do szpitala przez okna wręcz włamywało sie słonko. Uśmiechnęłam się sama do siebie i czekałam cierpliwie na śniadanie. To akurat bylo moje ostatnie śniadanie.
-Witaj Selenka.
-Cześć Grace.
Grace to moja pielęgniarka. Słodka blondynka o wielkich zielonych oczach.
-Jak się spało?
-Świetnie. Tylko burczy mi w brzuchu.
-Tak wiem dlatego mam dla ciebie śniadanko.
Skrzywiła się mówiąc to. Wiedziała że nje lubie tutejszego jedzenia.
-Wiem że nie chcesz. Ale co mam poradzić?
-Nic Grace. Zjem to. Jak codziennie.
-Spokojnie. Juz niedlugo nie będziesz musiała. Jutro wychodzisz.
-Tak wiem. Ciesze sie.
Mówiąc to wzięłam do reki kawałek chleba i zjadłam go.
-Idę juz Sel. Trzymaj się.
-Pa pa.
Zjadłam to coś bo bylam bardzo głodna. Po chwili jednak przyszedł Justin i przyniósł mi dobre jedzenie.
-Hej skarbie.
-Hej Justinek.
-Kupiłem ci pyszności. Jak sie czujesz?
-Nie chce cie martwić ale źle.
-Jak to? Kochanie na pewno sie poprawi. Kocham cię.
-Ja ciebie też kocham.
Po tych slowach cmoknał mnie w czoło.
-Będzie dobrze wiesz? Bardzo cie kocham.
-Tak wiem. Ja ciebie tez bardzo kocham. Ale wiesz ze za niedlugo bedzie koniec?
-Wiem i tego sie boje. Strasznie sie boje.
-Nie boj sie Justin. Będzie dobrze. Dasz sobie rade.
-Co ja zrobie bez ciebie?
Z jego oczu zaczeły lecieć łzy.
-Poradzisz sobie. Nie płacz. A gdzie mama?
-Mama? Mówiła że przyjdzie za jakieś pół godziny.
-Jasne. Fajnie. Justin nie płacz.
-Jak mam nie płakać. Kocham Cie.
-Justin wiem ale dasz sobie rade. Wierze w ciebie. Jestes mlody. Masz 18 lat.
-Ty tez masz tyle.
-Ale ja to co innego. Ty będziesz żył. Pamiętaj że jezeli cos sie stanie to wiedz że dopóki sam Bog Cię nie wezwie to nie mozesz nic zrobić.
-Nie zabije sie Sel obiecuje.
-Masz cale zycie przed sobą. Pamiętaj o tym.
-Jasne.
Powiedział przez łzy. Ja w tym samym momencie zaczęłam się dusić.

*oczami Justina*
W pewnym momencie Selena zaczęła kaszleć i ciężko oddychać.
-Co ci jest?
-Justin. Pielęgniarke.
Zerwalem sie najszybciej jak mogłem z krzesła i poleciałem po doktora.
Kazali czekac. Czekac na zewnątrz. Siedząc tam 2h zaczęlismy sie niepokoic. Po 3h wyszedł lekarz.
-Selena...-westchnął - Nie żyje. Białaczka wygrala.
W tym momencie ugiely sie pode mną nogi. Czułem sie strasznie. Nie wiedziałem co nam zrobic. Czy plakac. Czy po prostu odejsc. Selenka przygotowywala mnie na to. Nas wszystkich przygotowywała na jej śmierć. Obiecalem jej ze sie nie zabije. Ze bede zyc. Ale to takie ciezkie. Tak bardzo trudne. Nie wiem czy dam rade. Ona na pewno chcialaby abym zyl. Zrobie to dla niej. Bede silny. Białaczka nie zniszczyla jej zycia. Ona zniszczyla zycie nam. Calej jej rodzinie.
______
Hej. To ja z imaginem o Jelenie. Przepraszam ze smutny. Tak wyszloo ;(
Dobranoc :p

Rihanna cz.2

-Czys ty zwariowala?
-Ale o co ci chodzi. Przeciez jesten pelnoletnia. Sama decyduje o tym co robie.
-Ale tatuaz? Dlaczego z nami tego nie uzgodnilas?
-A po co? I tak byscie sie nie zgodzili.
-A masz pewnosc?
Wtrąciła sie mama.
-Wlasnie. Jestes nienormalna. A jak ci sie znudzi?
-Tato! Nie znudzi. Jest maly.
-Na caly nadgarstek.
-To maly. Dajcie mi spokoj.
Wybieglam z kuchni i polecialam do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i schowalam go do szafki po czym usiadlam do laptopa.

RANO

Obudzil mnie SMS. Z racji tego ze dzis weekend spalam do pozna. Czyli do 9. Zazwyczaj wstaje o 5 lub 6.
Przetarłam oczy i zerknęłam na telefon.
Od Katy.
"Spotkajmy sie dzisiaj. Chce zobaczyc twoj skarb. Za kosciolem o 12. Kocham. Pa"
Skarb? Dlugo sie zastanawialam co to moze byc ale doszlam do wniosku ze chodzi o tatuaz.
Wstałam i lekko polozylam stopy na podlodze. Podeszlam do lustra. Masakra. Weszlam do lazienki i poszlam pod prysznic. Czyściutka i ubrana w czarne spodnie, czerwoną koszule i trampki zeszlam do kuchni.
-Cześć.
Powiedziala mama oschle.
-Hej. Wychodze za godzine.
-Gdzie?
-Do Katy.
Podeszlam do apteczki wyciągając bandaż. Musialam zmienic opatrunek na tatuaz.
-Tata pojechal do pracy. Wiesz ze pracuje w weekebdy. Ja jade do cioci Li.
-Do tej dziwnej wychudzonej?
Zapyalam owijając ręke nowym, czystym bandazem.
-Dobrze wiesz ze nie je mięsa. Zamknij dom i okna. Pogoda dzisiaj nie jest zbyt ładna. Moze padac.
-A kiedy masz zamiar wrocic?
-Cos okolo osiemnastej.
-Ok. To czesc.
-Pa.
Mama chwycila klucze od auta i wyszla. Ze wzgledu na to ze nie mialam zbyt duzo czasu a kosciół nie byl blisko, wyszlam z domu o 10:47.
Idąc poczulam skurcz w lewej ręce. Zaczynal sie nasilac. Ale szczerze to olałam.
Po 15 minutach doszlam do kosciola. Tak wiem. Bez sensu spotykac sie za kosciolem.
Zobaczylam Katy.
-Hej.
Przytulila mnie.
-Pokaz.
Odwinęłam bandaz i pokazalam jej napis
'forever young'
-Jejku jaki sliczny. Moi starzy by sie nie zgodzili.
-Moi tez sie nie zgodzili. W ogole im nie.powiedzialam.
-I co oni na to. Jak to zobaczyli?
-Kłocili sie ze mną. Ale coz. Juz za pozno.
Katy sie zasmiala.
-Rih idziemy cos zjesc na miasto?
-Nie wzielam kasy.
-Ja ci pozycze. Oddasz mi kiedys.
-Ok. To chodzmy.
Poszlysmy do la coffee. Nasza ulubiona kawiarnia. Zawsze tam chodzimy dlatego mamy znizki na kawe i ciasta.
-I co powiesz jeszcze?
Zapytala Katy popijając gorącą czekolade.
-Nic ciekawego. Oprocz tego ze rodzice się ze mną kłócą to nic sie specjalnego nie dzieje. Lepiej powiedz co u ciebie. Jak z Alexem?
-Ymm dobrze. Ostatnio sie troche pozarlismy ale tak to jesr spoko.
-To dobrze. Ktora godzina?
-14:52
-Idziemy do mnie? Ojciec ma nocke a mama wroci kolo osiamnastej.
-W sumie to spoko.
Dopilysmy kawe i ruszylysmy przed siebie. Katy jest jak moja siostra. Od poczatku do konca. Poznałam ją w drugiej klasie kiedy sie tutaj przeprowadzilam. Byla dla mnie mila i usiadlysmy razem. Od tamtej pory trzymamy sie razem.
Kiedy byłysmy juz nie daleko domu poczulam skurcz w nodze.
-Aaa
-Ej co ci jest? Wszystko ok?
-Tak.
Powiedzialam przez zęby i chwyciłam sie za łydke.
-Dzisiaj w drodze tez tak mialam tylko ze w ręce. Przypuszczam ze to zakwasy lub cos.
-Aha.
Katy zrobila dziwną mine jakby cos podejrzewala ale udalam ze tego nie widze.
Po woli otworzylam dom.
-Katy rozgosc sie. Chcesz cos do picia czy jedzenia?
-Nie dzieki. Chodz obejrzymy film. Zaraz ma leciec na Polsacie (xd)
-Ok juz ide.
Dwie godziny zlecialy nam na filmie. Pozniej odprowadzilam Katy do domu. W drodze powrotnej doznalam tak bolesnego skurczu ze az upadlam. Zaczelam szybko masowac noge.
-Hej nic ci nie jest?
Zapytal nieznajomy chlopak w czarnej blizie i jeansach.
-Wlasciwie to jest. Strasznie boli mnie noga. Dostalam skurcz.
-Daleko mieszkasz?
-Nie. Tutaj za rogiem. Ale nie dam rady tam dojsc dopoki skorcz nie popusci.
-Chodz tam jest ławka. Pomoge ci. Przeciez nie bedziesz siedziala na ziemi.
-Dziekuje.
Chlopak pomogl mi wstac i z trudem doszlismy do lawki.
-Dziekuje.
-Nie ma za co. Jestem Paul.
-Robyn. Ale mow mi Riri. Nie lubie swojego imienia.
-Jasne Riri.
Powiedzial z usmiechem. Troche sie poznalismy i skurcz popuscil.
-Odprowadzic cie?
-Nie musisz. Dam rade.
-A jak nie dasz?
Zasmial sie.
-Oj to chodz.
Droga byla krotka bo tylko 20 minut. Przez caly czas rozmawialismy. Paul wydawal sie byc mily.
-Jeszcze raz dziekuje za pomoc.
-Alez nie ma za co.
-Ok. To do zobaczenia.
-Poczekaj. Moze sie jutro spotkamy?
-Jasne. Dam ci jeszcze znac. Chcesz moj numer?
-Pewnie.
Podeszlam i zapisalam mu w telefonie swoj numer po czym sie z nim pozegnalam i weszlam do domu. Mamy jeszcze nie bylo. Postanowilam ze przeczytam ksiazke bo nic lepszego do roboty nie mialam.

2 tygodnie pozniej

Od dwoch tygodni nie mam juz skurczy. Moze faktyczni to byly zakwasy. Albo jednorazowe dawanie sie we znaki moich mięśni. Kiedys chodzilam na silownie ale przestałam. Wszystko ukladalo sie po mojej mysli gdyby nie ten jeden dzien.
Wstalam i przetarlam oczy. Dzisiaj jestem umowiona z Paulem. Idziemy do restauracji. Ale to dopiero wieczorem. Wykonałam poranne czynnosci po czym zeszlam na dol. Mamy nie bylo. Wyjechala na 3 dni w delegacje a ojciec byl w pracy. Mialam wolny dom wiec bez wahania zaprosilam Katy.
-Halo?
-Halo? Czesc Katy. Sluchaj. Mam wolną chate. Wpadniesz?
-Jasne. Daj mi godzine.
-Okej czekam.
Po rozmowie krzątałam sie troche po domu. Tutaj posprzątałam. Tam poprawilam. Po prostu nie mialam nic do roboty. Czekalam z niecierpliwoscią na przyjaciolke. W koncu uslyszalam pukanie. To ona.
-Gdzies ty byla co?
-Przeciez jest 11:31. W sumie mialam tu byc o 12.
-Boze ale to się ciągnęło. Idziemy na miasto? Czy zostajemy?
-Zostanmy. Na miasto pojdziemy potem.
-Jasne.
Razem z Katy komentowalysmy film ktory lecial. Jaki to on jest bez sensu i co mogli zrobic bohaterowie a tego nie zrobili.
O godzinie 18 Katy sie ulotnila a o 20 przyszedl Paul.
Ubralam czerwoną sukienke i szpilki. Wlosy zostawilam rozpuszczone i pomalowana zeszlam na dol by otworzyc chlopakowi.
-Wow. Wygladasz slicznie.
-Nie przesadzaj.
Zasmalam sie.
-Ale dziekuje. To co idziemy?
-Idziemy.
Mielismy rezerwacje w restauracji na 20:30. Po drodze mialam lekki problem z wypelnieniem pluc powietrzem.
-Dobrze sie czujesz?
Zapytal kiedy kolejny raz nie moglam zlapac oddechu.
-Tak wszystko gra. Juz tak mialam zaraz przejdzie.
Sklamalam. To byl pierwszy raz.
-Boli cie reka?
Zauwazyl ze dotykam i masuje reke w miejscu tatuazu.
-Ymm. Tak troche. Ale to tatuaz. W koncu musi troche pobolec.
-No tak.
Zasmial sie a bol w nadgardtku sie nasilal.
Po paru minutach juz bylismy na miejscu. Zaczynalam czuc bol w łydce. Nie chcialam psuc tego wieczoru wiec udalam ze nic sie nie dzieje.
Weszlismy do restauracji. Zaczynaly sie.problemy z oddychaniem.
-Hej na pewnk wszystko gra? Mozemy jechac do domu jesli sie zle czujesz.
-Nie, wszystko gra. Chodzmy.
Nic nie gralo. Po prostu czulam sie fatalnie. Chcialo mi sie plakac. Nie wiem dlaczego. Zaczela bolez mnie żuchwa. Bardzo mnie bolała.
-Chodz. Idziemy stad. Strasznie marnie wyglądasz.
-Nie.
Powiedzialam przez zęby. Nie moglam mowic. Bardzo mnie bolało. Zaczełam gwałtownie oddychac. Nie moglam zlapac tchu. Wyszlismy na zewnątrz.
-Co sie dzieje.
-Nie wiem.
Nie moglam nic powiedziec. Przez zaciśniętą szczęke nie moglam słapac tchu a to bylo najgorsze.
-Nie mozesz mowic? Dusisz sie?
Chcialam mu powiedziec ale nie dalam rady.
-Dobra nic nie mow. Jedzimy do szpitala.
Poslusznie wsiadlam do samochodu. Paul jechal bardzo szybko. Ja nie moglam oddychac. Widzialam zamazany obraz ale bylam przytomna. Po chwili bylismy na miejscu. Wbieglismy do szpitala a za jakies 5 minut przybiegl lekarz i pielegniarki.
-Ma gorączke. Boli cie żuchwa?
Kiwnęłam głową twierdząco.
-Masz szczękoscisk. Mialas skurcze?
Znowu kiwnelam twierdząco.
Lekarz zerknął na tatuaz. Nadgarstek byl napuchnięty.
-Boli?
-Yhmmm
Szybko powiedział cos do pielęgniarek a jedna z nich gdzies poszla. Poznien wrocila z wielką strzykawką i wbila mi ją w żyle. Po tym zasnęłam.

Obudzil mnie glos lekarza. Obok stala mama. Nie zauwazyli ze sie ocknełam. Ojciec tez tam byl. Stal nieruchomo bardzo skupiony. A gdzie Paul? Chcialam go przeprosic za to co sie stalo. Doktor zerknął w moją strone i zapraszającym gestem wpuscil rodzicow do srodka.
-Jak sie czujesz skarbie?
Zapytala mama.
-Dobrze.
Szczęka jeszcze bolała ale juz mniej niz wczesniej.
-Ciesze sie. Pan doktor wszystko nam powiedzial. Paul mu przekazal.
-Gdzie on jest?
-Paul? Poszedl do łazienki. Zaraz wroci.
-Musze z nim pogadac.
-Jasne słonce.
Mama usmiechnela sie lekko po czym wszedl Paul.
-Hej. Jak sie czujesz?
-Chyba dobrze. Mamo?
-Tak juz wychodzimy. 
Ojciec skarcil go wzrokiem. Mnie rowniez. -Paul przepraszam ze tak wyszlo. Nie wiem co sie stalo.
-Jasne nie ma sprawy. Najwazniensze jest to ze czujesz sie juz lepiej. A do restauracji pojdziemy kiedy indziej.
-Wiesz, na prawde chcialam z tobą tam byc. Porozmawiac.
-Wiem. Ja z tobą tez. Ale spokojnie. Pojdziemy kiedy indziej. Teraz sie nie martw. Ja tu jestem. Mozemy pogadac.
-Czesc Robyn.
Przerwal facet w bialym fartuchu. Tak. To byl lekarz.
-Dzien dobry.
-Jak sie masz?
-Dobrze. Chyba.
-Przepraszam ze przeszkadzam ale musimy przeprowadzic badania.
-Jasne.
-Riri? Porozmawiamy jak wrocisz.
-Jasne.
Paul usmechnął sie cieplo a pozniej zniknął na drzwiami.

*PO BADANIACH*

Zostałam odwieziona na sale. Rodzice, Paul i Katy tam juz czekali.
-Slyszalam co sie stalo wiec szybko przyjechalam.
Powiedziala zdyszana Katy.
-Katy nie musialas. Przeciez wszystko gra.
-Wiesz jak to jest. Chcialam sie dowiedziec co ci dokladnie jest. A przez telefon sie nie dalo.
-Dzieki. Fajnie ze jestescie.

2GODZINY POZNIEJ

-Witam ponownie Riri.
-Dzien dobry znowu.
-Mam wyniki badan. No wiec nie jest najlepiej. Masz tężca.

________
Heloł wszystkim. Napisalam 2 czesc jupi:)
komentujcie bardzo prosze ;)))
Do zobaczenia :D

wtorek, 12 sierpnia 2014

Justin i Selena cz.3

Obudzilam sie i zobaczylam obok siebie Ashley siedzącą na fotelu, pijącą cos z kubka. Oglądała telewizje. Wpatrzona w ekran nie zauwazyla ze sie obudziłam.
-Ekhm..
-O Sel! Wstałas? Jak sie spało?
-Dobrze. Gdzie Lucy?
-Liam pojechal po nią. Spokojnie mozesz mu zaufac.
Powiedziala z usmiechem na co ja odpowiedzialam tym samym.
Zmieniłam pozycje z leżącej na siedzącą i sięgnełam po chipsa ktory grzecznie czekal aż zostanie zjedzony. Tak jak reszta chipsów w misce.
-Widziałas sie z Justinem?
-Tak. Na miescie. A co?
-Ciągle wydzwaniał na twoj telefon. W koncu go wyciszylam.
-Emm...to dobrze. Nie mialam ochoty z nim gadac.
-A cos sie stalo? O czymś powinnam wiedziec?
-W sumie to tak. Zobaczylam go dzisiaj z jakąś laską. Wyglądala jak dziwka. Ale mniejsza. Wiesz podłapał ją za tyłek przy okazji. No i podeszlam do niego. Tlumaczyl sie ze to jego znajoma a ona podala mi reke na przywitanie.
-Nie gadaj.
-Nazywa sie Tania. Wiec powiedzialam mu ze to koniec. Wiesz nie dlatego ze złapał ja za dupe tylko za inne rzeczy ktore mi zrobil. Za te przykrosci. Juz nie moglam z nim byc.
-Dziewczyno nie wierze. Ty sie mu postawilas? A co on na to.
-Zdziwil sie ale nie uległam. Zapytal co ja wygaduje i w ogole. Idiotyzm. Skoncze z nim raz na zawsze. Po prostu to juz koniec.
-Jejku jak sie ciesze.
Po tych slowach Ashley przytulila mbie.mocno na co ja wyszczerzylam ząbki. Bylam tak samo szczęsliwa co ona. Moze troche bardziej.
-Czekaj.
Przerwała.
-Slysze auto. To Liam i Lucuś. Ide otworzyc.
-Ok.
Ashley pobiegla a ja sięgnęłam po kolejnego chipsa.
-Cześć mamuś.
-Hej kochanie. Chodz tutaj. Jak tam w przedszkolu?
Corka podeszla do mnie i sie przytulila.
-Dobrze. Pani powiedziala ze bylam grzeczna. Moge chipsa?
-Mozesz kotku.
Odezwala sie Ashley.
-Dziękuje ciociu.
-Ależ proszę.
-Kochanie jestes glodna?
-Tak.
-Ok. Ashley my zaraz wracamy do domu.
-Ale czemu?
Zapytala dziewczyna tuląca sie do Liama
-Eh wiesz. Musze porozmawiac z Justinem. Nie mam zbyt wiele czasu. Wiesz o co chodzi.
Ashley dobrze wiedziala ze chodzi o to ze spiesze sie by zastac go trzeźwego.
-Ok my idziemy. Dziękuje Ci Liam ze pojechales po Lucy.
-Nie ma sprawy.
-Pozegnaj sie Lu.
-Pa wszystkim.
Weszlysmy do auta.
-Chcesz cos z miasta do jedzenia czy w domku cos zjesz?
-W domku.
Powiedziala z usmiechem.
-Dobrze Lucuś.
-Mamo?
-Tak?
-Tęsknie troche za tatą.
-Ale jak to? On caly czas jest w domu skarbie.
-Ale albo jest piajny albo gdzies znika na cale dnie wiesz?
Po takich slowach z ust 3 letniego dziecka moja adrenalina podskoczyla o 100% 
Ze złosci zacisnęłam ręce na kierownicy i dodałam gazu. Byłam tak bardzo wsciekla na Justina ze chcialam go zabic.
-Co sie stalo?
-Nic kochanie. Przypomnialam sobie cos.
**

Weszlam do domu z nadzieją ze Justin bedzie trzeźwy i ze w ogóle będzie.
-Justin? Kochanie idz na gore.
-Dobrze.
-Justin?
-Co?
Usłyszalam glos dobiegający z kuchni. Bez wahania pobieglam tam. On stal spokojnie oparty o blat i gapil sie w telefon. Podeszlam blizej i dalam mu w twarz.
-Pojebalo cie?
Rzucil telefon gdzies obok i lekko mnie szturchnąl.
-Co robisz? Dlaczego mnie popychasz?
-Dlaczego mnie bijesz?
-Dlatego ze przed chwilą nasza corka powiedziala ze za tobą tęskni. Wiesz dlaczego? Bo masz ją głęboko w dupie.
-Nie prawda nie mam jej w dupie. Ona wymysla ma 3 lata.
-Wiesz co mi jeszcze powiedziala? Ze ciągle jestes pijany albo cie nie ma w domu.
Troszke go zatkalo.
-To koniec. Koniec z nami.
-Chyba żartujesz.
Chwycil mnie mocno za rękę wbijając paznokcie w skure. Syknęłam z bólu próbując sie wyrwac ale na darmo.
-Nie zartuje. Nie będe z pijakiem rozumiesz? Nie chce zeby Lucy widziala to co ty wyprawiasz. Nie chce zeby miala takiego ojca i po latach zachowywala sie tak jak ty.
-Oszalałas? Zostaniesz ze mną. A co do dziecka to nie ma najgorzej.
-Ty jestes jakis nienormalny. Idz sie leczyc idioto. Co ty myslisz? Ze ona sie cieszy ze ma ojca? Ona czuje sie jakby go nie miala.
Po tym wszystkim uderzył mnie mocno w twarz. Spojrzal na mnie wsciekly i zaczął przepraszać.
-Pieprz sie.
Krzyknelam i pobieglam po Lucy aby zabrac ją z tego domu wariatow ale Justin pobiegl za mną.
-Co sie dzieje?
-Nic skarbie ale musimy jechac do cioci. Chodz idziemy.
-Nie idziecie.
Powiedzial Justin po czym podszedl do Lucy.
-Skarbie moze pojdziemy gdzies do parku?
-Nie. Nigdzie z nią nie pojdziesz. Zostaw ją. Chodz wychodzimy Lu.
-Dlaczego mamo?
-Bo teraz jedziemy. No chodz.
-Nie idziesz.
-Idziemy chodz.
Lucy wstala i podala mi ręke. Zleciałam szybko po schodach i kazalam Lucy isc do samochodu a ja pobieglam po telefon.
-Selena.
Uslyszalam glos Justina.
-Zostaw mnie.
Szukalam telefonu ktory gdzies tutaj byl.
-Porozmawiajmy.
-Nigdy. Jestes juz nikim dla mnie rozumiesz? Nikim. Skonczknym dupkiem. Ujrzałam telefon na sofie wiec po niego ruszylam.
-Przestan. Uspokoj sie.
-Nie. Zostaw mnie.
Wzielam telefon i chcialam uciekac ale on mnie zatrzymal.
-Puszczaj idioto!
-Zamknij sie. Odwala ci juz do konca? Co ty wyprawiasz? Oszalalas?
-Zrobilam błąd będąc z tobą przez tyle lat. To wyprawiam ze koncze z tobą raz na zawsze. To koniec. Nie zmienisz tego.
Wyrwalam sie i ruszylam do auta.
-Mamo co sie stalo?
-Nic siadaj. Jedziemy do cioci.
-Ale dlaczego nie moglam isc z tatą.
-Bo nie. Koniec tematu.

**

-Selena? Co ty tu...
-Przeszkadzamy?
-Nie coś ty. Wejdźcie.
-Dzięki.
-Lucy idz do wujka Liama. Co sie stalo?
-To co zwykle. Po prostu definitywnie koncze z Justinem. I tyle.
-Musial przegiąć. Pomoge ci nie przejmuj sie. Sluchaj. Nie mysl o tym. Napijesz sie czegos? Alkohol dobrze ci zrobi.
Powiedziala z cwaniackim usmieszkiem.
-Zwariowalas? A co z Lu?
-Liam sie nią zajmie. Nie moze pic. Ma jedną nerke i mogloby mu sie cos stac. Pojdzoe ją uspac czy cos.
-No nie wiem.
-Eh no weź. Raz musisz.
-No dobra ale nie przesadnie.

**

-Lucy spi. Ja bede sie bral do domu.
-Liamuś misiaczku nigdzie nie idziesz.
Ashley byla dosc pijana. Ja natomiast wypilam jedno czy dwa piwa.
-Ashley przestan.
-Nie ma mowy. Jak wyjdziesz to sie obraze. Przytul mnie a nie uciekaj.
Zasmialam sie dopijając piwo.
-Nie gniewajcie sie ale bede szla spac.
-Pijemy jeszcze po jednym Selcia. Siadaj. -Nie Ashley. Ide juz na gore.
-Siadaj kurwa mać.
-Okej. Tylko jednego.
Wypilam to ohydztwo i poszlam popic. Pozniej ulotnilam sie do Lucy. Ashley jeszcze siedziala na dole z Liamem ale po paru minutach ucichla a Liam zgasil swiatlo. To oznaczalo ze zasnela. Ja zrobilam to samo.

RANO

-Hej.
Podeszlam do lodowki wyciągajac z niej mleko. Dzisiaj wolne i od przedszkola i od pracy.
-Witam.
Powiedzial Liam.
-Ashley jeszcze spi?
Zapytalam.
-Emm tak tak. Wczoraj za duzo wypila.
-Tak. Troche za duzo.
Zasmialam sie a Liam powędrowal do łazienki.
-Selenka?
Ashley sie obudzila.
-O! Prosze prosze. Czyzby to nasz pijana spiaca krolwena?
-Przestan i podaj mi cos na glowe.
-Kapelusz moze byc?
Zapytalam rozbawiona.
-Tabletke deklu.
-Tak wiem.
Smialam sie z niej. Smiesznie wygladala leżąc na kanapie skacowana na maksa.
-Jak wytrzezwiejesz to wymyslimy cos na Justia, ok?
-Jasne. Ale wątpie ze dzisiaj uda mi sie wytrzezwiec.
-Powodzenia.
Zasmialam sie. Ashley tylko jęczala z bolu. Wrocil Liam i wlaczyl telewizor. Lucy jeszcze spala. Byla dziewiąta. Czulam sie swietnie. Nie bylam sama. Mialam Ashley. Ona mi pomoze. Moge na nia liczyc.

14 lat pozniej.

-Halo?
-Sel? Czesc tu Justin. Czekam na Lucy pod domem.
-Juz idzie.
Wcisnelam czerwoną sluchawke.
-Lucy? Gotowa?
-Tak juz schodze. 
-Pospiesz sie ojciec czeka.
-Ide przeciez.
Usiadlam na krzesle popijając kawe. Obok siedziala Elle. Corka Ashley i Liama. Miala 16 lat. Lucy miala 17. Ashley sidziala na przeciwko a Liam oglądal telewizje z synem Olivierkiem. Miał 5 lat ale byl taki zabawny. Niesamowity.
-Lucy ojciec!
-Juz!
Corka zbiegla z walizka po schodach.
-Bądź ostrozna. Wszystko masz? Pieniądze, bielizne?
-Mamo ile mam.lat zeby nie pamietac o takich rzeczach?
-Zadzwon jak dojedziecie.
-Jasne. Do zobaczenia.
-Trzzymaj sie skarbie.
-Jaki skarbie yhh
-To słonce.
-Tak lepiej.
Krzyknela i wsiadla do samochodu.
Martwilam sie o nią. Justin co prawda sie zmienil. Zaczął chorowac przez picie i opamiętal sie. Teraz juz nie wezmie do usr ani kropli alkoholu. Ale po rozstaniu sie z nim omalo nie zapil sie na smierc. Dobrze ze przyjechalam po rzeczy. Nasz zwiazek nie mial przyszlosci. Oczywiscie dlugo po tym prosil mnie o powrot ale bylam nie ugieta. Wiec dal spokoj. Teraz czuje sie bezpieczna. Po Justinie nikogo nie mialam. Skupilam sie na pracy i dziecku. Lucy jakos przyjela rozstanie. W koncu musiala. Z reszta ma 17 lat. Jest juz prawie dorosla.
Teraz mam normalny domek dwuosobowy. Ashley mnie odwiedza wraz z rodziną. Duzo sie zmienilo.od tamtego czasu. Na szczescie na lepsze.

______________
hey. wiem ze jest pozno xd ale zostalam.poproszona o imagin takze napisalam go dzisiaj. i jak sie wam podoba? mam nadzieje ze fajny :) pisalam go dluzej niz normalnie hahha
pozdrowionka misie i dobranoc xx

sobota, 9 sierpnia 2014

Rihanna cz.1

Weszlam na drżacych nogach do salonu tatuazy. Kiwałam się na prawo i lewo. Nie moglam sie uspokoic. Bardzo chcialam tatuaz ale okropnie balam sie igiel.
-Dzien dobry.
Uslyszalam za sobą.
-Dzień dobry.
Odpowiedzialam i podeszlam do faceta siedzacego na malutkim taborecie.
-Ja bylam umowiona.
-Tak wiem. Riri? Dobrze pamietam?
-Ymmm tak!
-Więc siadaj.
Wskazal na duzy czarny fotel.
-Gdzie chcesz go miec?
-Eee...tutaj.
Wskazalam na nadgarstek. Mężczyzna tylko spojrzal i zapytal.
-Masz jakis konkretny wzor?
-Tak.
Wyciągnęłam z kieszeni pomietą karteczkę z rysunkiem.
-Ładny.
-Dzięki.
-Ma byc kolorowy?
-Nie.
-Ok. To zaczynamy. Nie boj sie. W tym miejscu nie bardzo boli.
Usmiechnelam sie lekko i zamknelam oczy. Pierwszy raz poczulam bol ktory pozniej zmniejszal sie stopniowo.

**

-Dziękuje. Do widzenia.
Wyszłam ze studia i opatrunkiem na nagdarstku. Troche jeszcze bolało ale dało sie przetrwac. Idąc do domu myslalam co powie mama. Przeciez ona jeszcze nie wie ze zrobilam sobie tatuaz. Pewnie będzie zła. Ale przejdzie jej na drugi dzien.

**

-Oszalałaś?
-Ale mamo...
-Żadne "ale" dziecko! Masz tylko 18 lat. Jestes młoda. Jak moglas tak glupio postąpić? Wiesz że z tym musisz żyć?
-Ale ja to przemyslalam. Myslalam nad tym dosc dlugo i się zdecydowałam.
-Zobaczymy jak ci sie znudzi. To co wtedy?
-Nie znudzi. To tylko mały napis.
-Maly napis? Maly? Zwariowałas? On jest na caly nadgarstek.
-To maly.
-Jejku co ty ze sobą robisz dziecko drogie!
-Mamo nie jestem dzieckiem. Mam 18 lat.
-Zobaczymy co ojciec na to powie. Pewnie będzie tego samego zdania co ja.
-Tak tak...powtorka z rozrywki dzisiaj o 17 kiedy pan Ojciec wroci do domu.
-Ja zwariuje. Idź lepiej gdzies.  Zejdz mi z oczu.
Po pogawędce z mamą poszłam do pokoju i oczywiscie weszlam na laptopa. Zaczelam pisac referat tylko mialam problem z prawą ręką. Tatuaz jeszcze bolał. Podobno ma przejsc po dwoch tygodniach. Pisałam ten referat i pisałam. Ręka mnie bolała wiec po kilku minutach przestałam. Odłozylam laptopa i uslyszalam glos ojca. Tak. Wołał mnie zeby truć mi tylek tak jak mama. Powoli zeszlan do kuchni gdzie siedzial ojciec i jadl obiad. Mama tez tam siedziala. Wiedzialam co sie swieci.
______________
Więc skonczylam pierwsza czesc Riri. Przepraszam ze tak dlugo czekaliscie ale bylam na wakacjach :)
To do zobaczenia w nastepnej czesci.
PS. Przepraszam za bledy ale pisze na telefonie :D